Pierwszy związek w 20

Badanie genetyków z Harvardu i archeologów z NAIM na temat pochodzenia Bułgarów, pierwsze wyniki

2020.09.18 21:18 przyrodnik Badanie genetyków z Harvardu i archeologów z NAIM na temat pochodzenia Bułgarów, pierwsze wyniki

Oryginalny tekst: https://www.dnevnik.bg/blogosfera/article/399803 Tłumaczenie automatyczne z jęz. bułgarskiego - Google Translate
Tekst pochodzi z wywiadu wideo ze Svetoslavem Stamovem, można go obejrzeć / posłuchać tutaj.
Witam, nazywam się Svetoslav Stamov, antropolog. Ukończyłem Duke University w Stanach Zjednoczonych, gdzie przez pewien czas pracowałem jako nauczyciel studiów licencjackich. Obecnie pracuję w zespole dr Reicha na Uniwersytecie Harvarda w Bułgarii. I pomagam w innym zespole, który jest całkowicie bułgarski, od bułgarskich archeologów do Narodowego Instytutu Archeologii z muzeum w Sofii.Pracujemy nad ciekawym projektem, o który, mam nadzieję, zapyta mnie pan Teodosiev.
Tak, jestem pod wrażeniem tego, jak się sprawy mają i że Bułgaria naprawdę współpracuje z tak prestiżową organizacją naukową jak Harvard.Cóż, powiedz nam trochę więcej, skąd wziął się pomysł na to badanie i jakie są z niego korzyści dla nauki, a także dla nas, Bułgarów?
Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że inicjatorem badań jest właściwie czasopismo „Bulgarian Science”, które wydajecie. I mogę powiedzieć, że oprócz popularyzowania nauki, czasopismo to uczestniczy w realizacji bardzo poważnego międzynarodowego projektu, jako inicjator . Ponieważ oczekuje się, że projekt ten odpowie na pytania bez odpowiedzi związane z historią i przeszłością Bułgarii, które pozostają otwarte przez dwa stulecia, pomimo wysiłków pokoleń bułgarskich historyków i archeologów.
Mianowicie - pochodzenie Proto-Bułgarów, pochodzenie południowych Słowian oraz związek między współczesnymi Bułgarami a populacjami, które żyły przed nami na Półwyspie Bałkańskim.Ten projekt powstał z inicjatywy Twojego magazynu, za co serdecznie dziękujemy Tobie i zespołowi, który wydaje magazyn. Później do projektu dołączyli bułgarscy archeolodzy z Narodowego Instytutu Archeologii i ostatecznie z jednej inicjatywy skontaktowaliśmy się z Laboratorium Badań Genetycznych dr Davida Reicha z Uniwersytetu Harvarda. Zgodziliśmy się na sekwencjonowanie 500 próbek genetycznych z bułgarskiej przeszłości, pobranych z materiału kostnego z różnych epok, aby dokładnie i raz na zawsze wyjaśnić, o ile jest to możliwe, pochodzenie współczesnych Bułgarów, proto-Bułgarów, Słowian i powiązania współczesnych Bułgarów. ze starożytnymi populacjami Półwyspu Bałkańskiego aż do epoki brązu.
Badania są niezwykle rozległe, a sekwencjonowanie starożytnego DNA to złożony proces technologiczny i bardzo kosztowny. Laboratorium genetyczne dr Reicha było niezwykle hojne, zapewniając pełne fundusze na sekwencjonowanie, które oczywiście będzie przez nie wykonane i będzie kosztować około 5 milionów dolarów. Wszystko to jest całkowicie bezpłatne dla nauki bułgarskiej i mogę powiedzieć, że wkład czasopisma „Bulgarian Science” w naukę w Bułgarii jest bardzo, bardzo realny.
Muszę powiedzieć, że jest pewne tło. Dr Todor Chobanov i ja podjęliśmy wstępne kroki tego badania w zeszłym roku. Pracowaliśmy całkowicie dobrowolnie, ale materiały genetyczne zostały zebrane z krajów trzecich, a nie z Bułgarii, a nasze badania zostały opublikowane kilka miesięcy temu.Skoncentrowano się na związkach między proto-Bułgarami z Pierwszego Królestwa a wczesnymi Sarmatami z kultury solnowsko-majackiej. Nasze badanie zostało opublikowane w Proceedings of the Bulgarian Academy of Science, gdzieś w połowie tego roku. W tym badaniu byliśmy raczej w stanie sformułować pytania. Czyli w pierwszej części chodziło o zrozumienie tego, czego nie wiemy, a czego chcemy wiedzieć, mniej więcej udało nam się to sformułować. Druga część musiała jednak odpowiedzieć na pytania. Uczestniczy tu praktycznie cały personel Instytutu Archeologii, na czele którego stoi jego dyrektor dr Hristo Popov i oczywiście mamy wsparcie dr Davida Reicha i jego laboratorium na Harvardzie, a także jego chęć pomocy bułgarskiej historii i archeologii w swoje pozycje na oczach całego świata w bardzo mocnym studium, które dążyłoby do publikacji w najwyższych mediach upowszechniania przekazów naukowych. Mam na myśli magazyn Science (twój imiennik) i magazyn Nature.
Czy są już jakieś wyniki, czy zostały wysłane, co się dzieje?
Tak. Tak więc pierwsze wyniki są dostępne, pochodzą one tylko z materiału usuniętego z dwóch szkieletów. Jeden - od końca Pierwszego Królestwa, od czasów Symeona Wielkiego. Druga przesłana próbka pochodzi z początku Drugiego Królestwa Bułgarii, z czasów Kaloyana i Kumanów.Mamy więc już pierwszy wynik sekwencjonowanego bułgarskiego z czasów Symeona, ale ponieważ wszystko jest nadal w fazie publikacji i badań i spodziewamy się więcej wyników, nie będę wchodzić w szczegóły tych pierwszych wyników, z wyjątkiem jednego szczegółu. Znaleźliśmy haplogrupę chromosomu Y, która jest przekazywana przez linię ojcowską i jest to do pewnego stopnia zaskakujące. Skrót, pod którym to idzie, to Q2a1a2. Taka jest definicja męskiej haplogrupy chromosomalnej, która jest przekazywana z ojca na syna we wszystkich pokoleniach. W przeciwieństwie do autosomalnego DNA, mówi nam tylko małą część historii, ale mówi nam też coś, czego nie wiemy, ale bułgarscy historycy i archeolodzy podejrzewali to od bardzo dawna.
Najpierw wyjaśnię, że szkielet pochodzi z wioski Samovodene, z wtórnego pochówku na neolitycznej nekropolii, która jednak była używana jako grobowiec podczas Pierwszego Królestwa. Na podstawie radiowęglowego datowanego na Harvard ustalili, że rok śmierci tego człowieka, z dokładnością do +/- 20 lat - między 880 a 900 rokiem, czyli koniec panowania Borysa i początek panowania Symeona (Złoty Wiek). Najprawdopodobniej był żołnierzem lub wysokim rangą dowódcą wojskowym, nie jesteśmy do końca pewni, ale to jest, że tak powiem, militarystyczny pogrzeb.Jej haplogrupa pochodzi bardzo daleko od Bułgarii - rejonu jeziora Bajkał. Co potwierdza tezę, że pierwotni proto-Bułgarzy, a dokładniej ich poprzednicy, kilka wieków temu, a raczej tysiąclecia temu, przybyli tutaj z regionu Bajkału. Jest to haplogrupa, której nie ma w Europie i bardzo wyraźnie sugeruje, że nowy naród pojawił się na terytorium Bułgarii we wczesnym średniowieczu. Chodzi zapewne o proto-Bułgarów, nie mając całkowitej pewności, bo w tamtym czasie, kiedy żył ten człowiek, Bułgaria już przyłączyła do siebie szczątki Avar Haganate, a tę samą haplogrupę węgierscy naukowcy zidentyfikowali na pogrzebie z Avar Haganate. przy kopcu Avarów. Nie ma więc gwarancji, że dana osoba jest protobułgarką, ale zsekwencjonujemy kolejne 200 i 500 próbek, a wtedy otrzymamy znacznie pełniejszy obraz.Jednak wstępne wyniki tych badań potwierdzają starą hipotezę W. Zlatarskiego o dalekowschodnim pochodzeniu przynajmniej części osób z plemienia protobułgarskiego. A jak dokładnie jest Daleki Wschód, więc w ramach absurdu mogę wam powiedzieć, że pierwszy zidentyfikowany w Ameryce Hindus z kultury Clovis pochodzi z tej samej haplogrupy. Dosłownie nie występuje na zachód od jeziora Bajkał, ale tylko na wschód od niego, a w Ameryce jest populacją paleo-syberyjską. 92% północnych ket, małej i cudownie ocalałej grupy Jenisejów, pochodzi z tej haplogrupy. Podobnie jak haplogrupa, a właściwie elementy języka Ket, są one również osadzone w starym imperium Xiongnu, które rywalizuje z Chinami i leży na terytorium na północ od niego. Zatem może to być w pewnym stopniu bezpośrednio lub pośrednio związane z przyszłymi europejskimi Hunami.
W Bułgarii toczy się wielka dyskusja na temat pochodzenia Proto-Bułgarów - czy są Proto-Turkami, ich język mówi, że są Proto-Turkami, ich kultura pokazuje, że są Irańczykami, a dokładniej Sarmatami. Podczas gdy haplogrupa mówi nam coś trzeciego. Przynajmniej na początku byli grupą paleo-syberyjską, ponieważ ta haplogrupa nie występuje ani u Turków, ani Proto-Turków, występuje u bardziej starożytnych ludów, które są jeszcze bardziej na wschód od nich i są bardziej związane z Indianami amerykańskimi niż z Grupy europejskie.Wiem, że brzmi to absurdalnie, ale to pierwszy wynik, jaki otrzymujemy - grupa pochodzi ze wschodniego wybrzeża jeziora Bajkał, skąd pochodzi w epoce brązu.W przypadku DNA mitochondrialnego mamy dwa wyniki - to, co jest przekazywane przez linię matczyną, to haplogrupa mitochondrialnego DNA - U5a2a. To haplogrupa znajdująca się w co drugim kopcu scytyjskim w Eurazji. Jak dotąd w starożytności, cokolwiek zostało przypisane ludziom z tą haplogrupą, pochodzą one tylko z kopców scytyjskich i znikąd. Osoby z tej grupy zostały znalezione od Pazirik w Ałtaju po Glinoe, które znajduje się w Mołdawii.Tutaj chcę skupić się na Glinoe, czyli starej kulturze scytyjskiej w Mołdawii, która formalnie zniknęła, została zniszczona pod koniec II wieku pne. Jest podejrzanie blisko i stoi na drodze protobułgarom Asparuhov, a także wchodzi w zakres Starej Wielkiej Bułgarii. Zsekwencjonowanych jest 11 osób, 6 z nich pochodzi z tej samej haplogrupy, którą zidentyfikowaliśmy zarówno w Pierwszym, jak i Drugim Królestwie Bułgarii. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że ta haplogrupa jest oczywiście nadal obecna w Bułgarii. Jest całkowicie związany z migracją grup scytyjskich od czasów starożytnych, od 1500 roku pne. do około 2 wieku pne.
To są pierwsze wyniki, ale muszę zrobić trzecie zastrzeżenie - to człowiek z końca Pierwszego Królestwa Bułgarii. Możemy o nim mówić jako o osobie o potencjalnym proto-bułgarskim pochodzeniu, ale może też być Słowianinem pochodzącym z terenów Avar Haganate, być może z ojcem Awarów lub pradziadkiem, który mógł pochodzić z Dalekiego Wschodu. A ta haplogrupa, scytyjska, występuje również w wielu współczesnych słowiańskich grupach etnicznych, więc nie mogę w tej chwili wykluczyć, że faktycznie mówimy o szkielecie słowiańskiego wojownika lub przynajmniej o przedstawicielu słowiańskiej grupy etnicznej z dwóch głównych elementów składowych Pierwszego Królestwa Bułgarii.
To bardzo interesujące, ile nowych danych może wyjść i ile nowych pytań możemy zacząć sobie zadawać, co naprawdę się wydarzyło i jak Bułgarzy mają coś wspólnego z Indianami w Ameryce.
Tubylcom w ogóle się to nie spodoba. *Śmiech*
Tak, absolutnie. Ale właśnie to dają nowe technologie - nowe odpowiedzi, po których z pewnością zadamy jeszcze więcej pytań. Ale Twoim zdaniem, jako specjalista, ile nowych testów trzeba wykonać, aby uzyskać mniej lub bardziej normalny obraz tego, co stało się z proto-Bułgarami, lub przynajmniej mieć jasne wyobrażenie o tym, skąd pochodzą proto-Bułgarzy na tej ziemi, z ilu plemion i tak dalej?
Cóż, im więcej, tym lepiej, powinno być. Ale myślę, że w kolejności uzgodnionej z Harvardem wystarczy od 200 do 500 próbek.Teraz chcę wyjaśnić, że badanie będzie dotyczyło nie tylko proto-Bułgarów, chociaż są oni niezwykle centralną kwestią. Omówi również pochodzenie Słowian bałkańskich i wkład starożytnych grup żyjących na Bałkanach, takich jak Trakowie, Ilirowie, Peoni, Macedończycy, a nawet niezwykle interesujące grupy z epoki brązu. W rzeczywistości mamy już dla nich pierwsze wyniki. Jak dotąd była to sekcja protobułgarska, mamy pierwsze wyniki dla sekwencjonowanych Traków oraz prawdopodobnie sekwencjonowanych pochówków hetyckich i trojańskich z terytorium Bułgarii.Ale wyniki są nadal niepublikowane, a czytelnicy Bulgarian Science są praktycznie pierwszymi, którzy dowiadują się o nich. Są bardzo ciekawe i w tej chwili bardzo się waham, jaką częścią z nich podzielić, bo nie ma publikacji i obecnie bardzo intensywnie nad tym pracujemy. Ale mamy wyniki z kultury Ezero, z południowo-wschodniej Bułgarii, która pochodzi z wczesnej epoki brązu i która wydaje się łączyć ludzi tej kultury z przyszłymi Hetytami i Trojanami. Zostało to wielokrotnie potwierdzone przez archeologię i było znane od co najmniej pół wieku. Ale teraz widzimy paralele genetyczne między nimi. Niektóre z tych starożytnych grup z epoki brązu w taki czy inny sposób przetrwały do ​​dziś w naszym kraju Bułgarzy, ponieważ posiadamy również pewną ilość krwi i genów od tych samych ludzi, być może w przedziale od 5 do 10%, co nas łączy z Hetytami, starożytną Anatolią i Trojanami.
Wyniki są przetwarzane na ogromną skalę, zanim zostaną opublikowane, ale od teraz wśród nich są ogromne ciekawostki. Jeden z nich pochodzi z nekropolii w Merichleri ​​z wczesnej epoki brązu, a z drugiej nekropolii w Caribrod (starsza) są to nekropolie kopców z kultury Jamna na Kaukazie, ludzi, którzy migrowali tu w Bułgarii i są połączeni między ty jesteś. Pochodzili z haplogrupy R1a, czyli Z-93, która jest ponownie haplogrupą Scytów, ale bardziej plemion indo-aryjskich, przyszłych Indo-Aryjczyków, którzy później podbili Indie. Ale wydaje się, że jedno z plemion kultury Jamny zbłądziło i przybyło na Bałkany zamiast udać się do Indii. I tak przez przypadek, skoro archeolodzy i genetycy wybrali spośród 260 kurhanów z tego okresu, wybrali tylko 3-4 i natknęli się dokładnie na tę niezwykle starożytną grupę, która pochodzi z czasów, zanim grupa indoeuropejska została podzielona na Irańczycy, Indianie i Słowianie byli wtedy jeszcze jednym ludem z tymi samymi genomami. I tak, jedna z tych grup należy do plemion Traków, które nazywamy, ale to nie są Trakowie. Mamy wyniki zarówno z wczesnej epoki żelaza, jak i późnej epoki brązu, które prawdopodobnie są trackie, ale na tym etapie zachowam je w tajemnicy, ponieważ nie chcę prowokować spekulacji.
Mamy również wiele interesujących wyników ze środkowej epoki brązu, które łączą populacje dzisiejszej Bułgarii z przyszłymi Mykeńczykami. Bułgaria w epoce brązu to skarbnica genów, a także skarbnica materiałów archeologicznych. Z genetycznego punktu widzenia widzimy tu trajektorie wielu interesujących populacji, najbardziej absurdalne są Indo-Aryjczycy, ale także mykeńscy Grecy, którzy musieli skądś przybyć do Myken. Ich możliwe trajektorie przebiegają przez Azję Mniejszą lub przez Bałkany. Na tym etapie wydaje się, że przeszli przez Bułgarię, mieszkali tu przez kilka stuleci, a następnie zeszli na południe, gdzie połączyli się z mieszkańcami Krety minojskiej, tworząc kultury achajskie i mykeńskie oraz pierwszą cywilizację greckojęzyczną w region Morza Egejskiego.Jest o wiele więcej wyników, ale jak powiedziałem, duży nacisk kładzie się na protobułgarów i Słowian. I jeszcze jedno, o czym zapomniałem dodać - mamy jeszcze jednego z sekwencjonowanego proto-Bułgara, który jest jednak jednym z Bułgarów Alcek na Węgrzech. I tu spieszę powiedzieć, że stoi to w pewnej sprzeczności z haplogrupą z jeziora Bajkał, ale ten człowiek jest w 90% identyczny ze współczesnymi Bułgarów i kojarzony jest z Alanami kultury słonowo-majackiej, co sugeruje, że to proto-bułgarskie plemię opuściło je dawno temu. od jeziora Bajkał. Nie wiemy nawet, czy zaczęli tam od etnonimu Bułgarzy, czy innego. Ale na Kaukazie zmieszał się z grupami alańskimi, sarmackimi, a nawet kaukaskimi, a rdzeń, rdzeń proto-Bułgarów, przynajmniej sądząc po szkielecie bułgarskiego Alcek, ten rdzeń nie pochodzi z Bajkału. Jest w tym niuans, którego nie można pomylić, ponieważ łączy nas z Indianami. Ale powiedzmy tak - 9/10 historii populacji tego plemienia minęło na Kaukazie, w środowisku sarmacko-alańskim i kaukaskim. Najciekawsze dla mnie było to, że ten człowiek jest prawie nie do odróżnienia od współczesnych Bułgarów, co sugeruje, że albo proto-Bułgarzy zmieszali się ze Słowianami na Węgrzech, albo w rzeczywistości są znacznie większym składnikiem współczesnego narodu bułgarskiego, niż myślimy, że są. byli małym plemieniem. A kiedy patrzę na proto-Bułgara z VI lub VII wieku, jak bardzo jest on blisko współczesnych Bułgarów pod względem genetyki populacji, to mówi mi coś, co wielu innych uważa, że ​​proto-Bułgarzy mają bardzo znaczący wpływ genetyczny na współczesnych Bułgarów, a my jesteśmy na pierwszym miejscu Proto-Bułgarzy. Ale to jest coś bardzo wstępnego i nie potwierdzają tego wyniki Pierwszego Królestwa Bułgarii, pochodzi ono z Węgier. Nie przeanalizowaliśmy jeszcze autosomalnego DNA z tego miejsca, o którym osobiście oczekuję, że powiem to samo, ale najpierw musimy to zobaczyć.
Mnóstwo interesujących rzeczy, odpowiedzi na pytania, które każdy sobie zadawał, gdy był w szkole lub na uniwersytecie, ale oto współczesna nauka, która jest w stanie odpowiedzieć na wiele pytań. Dziękuję za szczegółowe odpowiedzi, chociaż materiałów do przetworzenia jest jeszcze sporo. Kiedy spodziewać się pierwszych dużych publikacji w Science, Nature ?
2021 będzie najwcześniej. Ale mogę was zapewnić, że nauczysz się ich wcześniej, a życia i zdrowia będziemy mogli je skomentować, zanim pojawią się w Nature and Science .Dziękuję za rozmowę i chcę skorzystać z okazji, aby zwrócić się do bułgarskich archeologów i bułgarskich miłośników historii. Potrzebujemy pomocy, to jedno. Po drugie, historia Bułgarii jest pełna nierozwiązanych kwestii związanych z różnymi populacjami i wydarzeniami historycznymi. Przyjaciele i współobywatele, jeśli ktoś z was ma nierozwiązany problem, którym chce się zająć, teraz jest na to czas. Sytuacja jest niezwykle korzystna, aby rozwiązać jak najwięcej problemów z punktu widzenia genetyki populacji. Sekwencjonowanie starożytnego genomu kosztuje 10 000 dolarów, a laboratorium w ramach projektu zrobi to za darmo, o ile będzie miało nad czym pracować. Jeśli ktoś ma pomysł lub koncepcję czegoś, co może zostać udowodnione przez genetykę, proszę skontaktować się z Petarem Teodosievem lub ze mną, aby omówić sprawy. Wiem, że w Bułgarii nikt nie ma dość pieniędzy, ale jeśli ktoś uważa, że ​​jest w stanie pomóc sfinansować projekt od strony bułgarskiej - więcej środków oznacza więcej sekwencjonowania szkieletów z Bułgarii i więcej odpowiedzi. Nie krępuj się, jest to dostępne okno, które było otwarte tylko przez trzy miesiące i zostało przedłużone do Nowego Roku, o ile można tworzyć sekwencje. W tym czasie możemy uporządkować w zasadzie wszystko, o co ktoś prosił starożytność, ale aby rozwiązać konkretny problem historyczny.
Uważam, że jest wielu historyków i archeologów, którzy mają dane o tym, gdzie znajdują się szkielety i jak należy je pobrać, co się stało i kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dlaczego tu jesteśmy. Wierzę, że wiele osób zadaje te pytania i przydałoby im się to okno, które oferuje teraz Harvard.
Powtarzam - to teraz nasza jedyna szansa! Mam nadzieję, że jak najlepiej to wykorzystamy. Ponieważ próbki zostaną wykonane, a to, co jest teraz zebrane, będzie analizowane przez bułgarskich historyków i archeologów przez wiele lat i mam nadzieję, że będzie o tym publikowane przez dziesięciolecia.Jestem winowajcą, oczywiście nieskromnie mówiąc, i czasopismo Bulgarian Science, które wystąpiło z inicjatywą skontaktowania się z laboratorium dr Reicha. No i oczywiście życzliwość samego dr. Reicha i jego zrozumienie, że warto pomagać i że on sam może się wiele nauczyć o naszej historii, co jest niezwykle interesujące.

Mówił Svetoslav Stamov, a tu można zobaczyć pierwszy artykuł naukowy na ten temat - http://duke.academia.edu/SvetoslavStamovArcheolodzy bułgarscy we współpracy z genetykami z Uniwersytetu Harvarda badają pochodzenie Bułgarów - w filmie prezentujemy pierwsze wyniki. Bułgarska Organizacja Naukowa to NIM (Narodowy Instytut Archeologiczny z Muzeum w BAS), a po stronie amerykańskiej profesor David Reich z Laboratorium Archeogenetycznego na Harvardzie i słynny archeolog dr David Anthony z pomocą Svetoslav Stamov.
submitted by przyrodnik to Praslowianie [link] [comments]


2020.02.17 15:39 BlackDevil13 Bliska relacja dziennikarza Polskiego Radia z groźnym przestępcą i narkomanem oraz seryjnym oszustem. Co łączy Piotra Nisztora z Rafałem Witkowskim i Jackiem Pieńczakiem? [DOKUMENTY I ZDJĘCIA]

Bliska relacja dziennikarza Polskiego Radia z groźnym przestępcą i narkomanem oraz seryjnym oszustem. Co łączy Piotra Nisztora z Rafałem Witkowskim i Jackiem Pieńczakiem? [DOKUMENTY I ZDJĘCIA]

Bliska relacja dziennikarza Polskiego Radia z groźnym przestępcą i narkomanem oraz seryjnym oszustem. Co łączy Piotra Nisztora z Rafałem Witkowskim i Jackiem Pieńczakiem? [DOKUMENTY I ZDJĘCIA]

Bliska relacja dziennikarza Polskiego Radia z groźnym przestępcą oraz seryjnym oszustem.
Co łączy Piotra Nisztora z Rafałem Witkowskim i Jackiem Pieńczakiem?
O tym, jak sprzedajny pseudodziennikarz godzi w Państwo Polskie.
Opisywaliśmy przestępcę Jacka Pieńczaka, a przede wszystkim rozpracowywaliśmy go od paru lat, kiedy to doprowadził wraz ze skorumpowanymi funkcjonariuszami CBA do pokazowego zatrzymania i pomówienia naszego przyjaciela Andrzeja K. Kisiela za rzekome przyjęcie łapówki.
Po naszym ostatnim artykule, przestępca Jacek Pieńczak pisał oświadczenia na swoich profilach. Pisała też także jego żona Anita Karcz, która za paznokciami ma nie tylko układowy związek małżeński z Pieńczakiem, ale też na nią zarejestrowane są firmy, którymi zarządza Pieńczak, jak i ekskluzywne samochody, które były rozbijane, aby wyłudzić pieniądze z ubezpieczenia AutoCasco.
Jeśli chodzi o Rafała Miałkińskiego vel Witkowskiego to Bogdan Węgrzynek starał się pomóc – „schorowanemu na raka”, jak się później okazało – seryjnemu naciągaczowi, który naciągnął na przygotowane na bardzo niskim poziomie, lub niewykonane wcale realizacje telewizyjne kilkanaście osób oraz poważne instytucje państwowe.
W tej chwili dostajemy dziesiątki maili w związku z przekrętami zarówno Jacka Pieńczaka, jak i Rafała Witkowskiego.
Witkowski się nie spodziewał, że Węgrzynek ma tak wiele osób, które będą walczyć o jego dobre imię.
W pewnej chwili i sami myśleliśmy, że Witkowski będzie sprzedawał produkcje TV do Polsatu, ale i to okazało się oszustwem producenckim Witkowski Team.
Co łączy ich z Piotrem Nisztorem – Samozwańczym dziennikarzem śledczym?
Ano łączy ich między innymi opłacane przez przestępców audycje radiowe w publicznym radiu, prowadzone właśnie przez Piotra Nisztora.
Czy w Polsce dziennikarz, wykorzystując publiczne radio, może przestawiać zmanipulowane informacje?
Czy może manipulować informacją, czy wprost kłamać tak, aby oczernić, czy wyśmiewać osoby, które dla Rzeczypospolitej Polskiej społecznie pracowały przez wiele lat?
Czy dziennikarz publicznego radia może nie sprawdzać informacji, które pojawiają się w tak szanowanej polskiej instytucji, na której dobre imię solidnie pracowały przez dziesiątki lat pokolenia polskich dziennikarzy, w tym wiele znakomitych osobistości?
Piotr Nisztor wpisał się tym w propagandę, jaką uprawia dziś Telewizja Polska, która raz za razem przeprasza na swojej antenie zaszczutych polityków opozycji.
Chcemy przytoczyć kolejne fakty z życia zarówno Jacka Pieńczaka jak i Rafała Witkowskiego.
Rafał Witkowski, działając z byłym tajnym współpracownikiem i donosicielem Urzędu Ochrony Państwa jak i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Jackiem Łęskim, posługiwał się kłamstwami w systemie dokładnie takim, jak to dawniej robiły komunistyczne służby.
Jacek Łęski był szeroko opisywany przez rzetelnych dziennikarzy, jak i oficerów operacyjnych dla których pracował. Oszukiwał też Skarb Państwa, gdy prowadził agencję PRową współpracując przy tym z gangsterami ze wschody w tym Rosji. Dziś prowadzi programy telewizyjne w TVP, które starają się wykończyć czy też zniszczyć inaczej myślących niż Jarosław Kaczyński czy Jacek Kurski.
Jest o nim i teraz głośno, ponieważ ostatnio wyrzucił ze studia Telewizji Polskiej przedstawiciela opozycji, który stwierdził fakt, iż Jacek Łęski wykorzystując „program TVP szczuje na Polaków”.
W związku z tym, iż przekazaliśmy do Prokuratury Krajowej i Ministra Sprawiedliwości oraz innych służb zajmujących się bezpieczeństwem Państwa informacje i zdjęcia dotyczące zarówno działalności Jacka Pieńczaka jak i Rafała Witkowskiego, przekazujemy tylko parę zdjęć na dowód wiarygodności przedstawianych faktów, w którym uczestniczą również funkcjonariusze służb.
Jacek Pieńczak na co dzień przemieszcza się po ulicach z ostrą bronią zastraszając niewygodnych świadków.
Warto dodać, że Jacek Pieńczak jest narkomanem i alkoholikiem. Przyjmuje heroinę.
Toczą się właśnie kolejne postępowania, mówiące o tym, iż Jacek Pieńczak poprzez swoje stowarzyszenie wyłudza dotacje z Ministerstwa Obrony Narodowej na rzekome szkolenia przeprowadzane przez nieuprawnione do tego osoby.
Dlaczego dziennikarz Polskiego Radia zaprasza do czasu antenowego seryjnego naciągacza?
Czy chodzi tylko o pieniądze?

Zdj: Akty oskarżenia wobec Jacka Pieńczaka
Zdj: Aresztowanie Jacka Pieńczaka. Pomimo że aresztowany był kilkanaście razy, m.in. 5 kwietnia, nie przeszkadzało to Piotrowi Nisztorowi aby zapraszać go jako gościa głównego na antenę Polskiego Radia.
Zdj: Radosław Wajs – pracownik firmy CampX Jacka Pieńczaka. Na polecenie Jacka Pieńczaka rozbijał samochody. Woził również pieniądze dla skorumpowanych funkcjonariuszy CBA.
Zdj: Samochód marki Machindra, załatwiony przez Dowódcę GROMU Piotra Gąstała dla Jacka Pieńczaka za kwotę 12 000 zł.
Zdj: Radosław Wajs i Dawid Matusiak prowadzą szkolenia bez wymaganych dokumentów jako instruktorzy.
Wracając do Rafała Witkowskiego, w audycji Piotra Nisztora Witkowski opowiada, jak to poznał Bogdana Węgrzynka i jak przebiegała współpraca z nim.
Interesującym jest, iż na antenie Polskiego Radia poświęca się tak wiele cennego czasu rzekomo nic nieznaczącemu przedsiębiorcy, jakim jest Bogdan Węgrzynek.
To jednak ma wielkie znaczenie. Piotr Nisztor i Rafał Witkowski mają w tym cel.
Jak łatwo sprawdzić i o czym mówią dostępne dowody, Witkowski od początku z premedytacją kłamał we współpracy z Węgrzynkiem.
Wieloletnie działanie Rafała Witkowskiego, które opisują oszukane przez niego osoby, to naciąganie przedsiębiorców na zakup rzekomych realizacji telewizyjnych. Część osób nigdy tych realizacji nie otrzymała (Jak Pan Radosław Pyffel, Bogdan Węgrzynek, Rafał Zborowski), część otrzymała materiał na tak niskim poziomie, że domagała się reklamacji i zwrotu pieniędzy.
Nowa Tożsamość
To nie wszystkie „osiągnięcia” Rafała Witkowskiego.
Witkowski do klubu POLONIA przyprowadził rzekomych inwestorów z Afryki. Mało tego, to posługiwał się wtedy (czyli w 2012 roku) zmyślonym nazwiskiem, przedstawiając się jako Rafał Małkiński.
Zdradza to między innymi także profil na Goldenline.
Wtedy Rafał Witkowski chodził z koszulką Mistrzostw Świata w Kick-boxingu i wszystkim rozpowiadał, że to właśnie było uwieńczenie jego kariery sportowej, że dla Polski zdobył srebrny medal na Mistrzostwach Świata, które odbywały się w Budapeszcie.
Myślał, że wszyscy wierzyli w te bajki, tyle tylko, że Marian Scyborowski, który zadawał mu pytania na Polonii odnośnie kick-boxingu, zauważył, że Witkowski nie umiał odpowiedzieć na pytania, kto to jest Marek Piotrowski, czy w jakiej sekcji trenował.
Z klubu POLONIA pogonili go zarówno działacze jak i kibice…
Przekręt antenowej gwiazdy Piotra Nisztora w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej
Podobno kłamca mówi prawdę tylko wtedy, kiedy się pomyli.
Rafał Witkowski na antenie Polskiego Radia mówił także o realizacji telewizyjnej z Kongresu Klastrów w Sejmie RP, którą podobno przeprowadził.
Kolejne kłamstwo. Ponieważ choć przyjął pieniądze od wiceprezesa zarządu Związku Pracodawców Klastry Polskie Jarosława Bulandy, to nigdy wykonywana przez oszusta realizacja nie ujrzała światła dziennego (co swoją drogą było typowym modus operandi Witkowskiego).
Co więcej, nikt kto żyw nie miał okazji zobaczyć zrealizowanego przez Witkowskiego materiału, choć ten wymienił kilka swoich domen, na których oglądalność była fenomenalna. Tam miały pojawić się materiały. Miały, ale się nie pojawiły.
Wtedy też Rafał Witkowski przepraszał za swoja pracownicę Ewę Adamus, która wydzwaniała do Węgrzynka i Sobieraja, ostrzegając przed swym pracodawcą i mówiąc, że i ją oszukał.
Rafał Witkowski – Nikodem Dyzma Szklanego Ekranu
Rafał Witkowski wiedział dokładnie jak robić, by się nie narobić\*
*i jak wykorzystać do tego Sejm RP.
Na żywo relacja z kongresu była prowadzona za pośrednictwem umieszczonej na stałe sejmowej kamery w Sali Kolumnowej, a nie – jak twierdził Witkowski – za jego pośrednictwem.
Ba – Witkowski nie umiał się wpiąć w kabel techników pracujących w Sejmie.
Natomiast realizację z Kongresu Klastrów zrobiła inna firma, współpracująca z rzeszowskim klastrem pod przewodnictwem Dariusza Tworzydło, który zajmował się public relations kongresu.
Rafał Witkowski aka Dyzma znów chciał wyciągnąć łatwe pieniądze od organizatorów, ale Ci zwyczajnie go pogonili.
Dariusz Tworzydło odpowiedzialny z public relations nawet nie odpisał Witkowskiemu na propozycję współpracy. Choć w materiałach, które rozsyła do potencjalnych klientów Witkowski chwali się stałą współpracą z Kongresem Klastrów od 2012 roku, to należy wyraźnie zauważyć, że tak naprawdę nigdy jej nie było.
W ten sposób Rafał Witkowski przedstawia współpracę z ministerstwami czy Kancelarią Premiera, pomimo, że nawet nie chciano go wpuścić ze sprzętem nagraniowym do Sejmu RP.

Zdj: Kłamstwa w portfolio Rafała Witkowskiego vel Małkińskiego.

Zdj: Kłamstwa Rafała Witkowskiego w portfolio ciąg dalszy.
Musiał interweniować Bartłomiej Bodio, który w tym czasie był przewodniczącym Parlamentarnego Zespołu ds. Polityki Klastrowej.
Zresztą sprawdziliśmy i w kancelarii premiera i ministerstwach, także w instytucjach państwowych, jak wyglądała współpraca z producentem TV Rafałem Witkowskim vel Małkińskim.
Jerzy Buzek
Kolejną realizacją miało być nagranie wypowiedzi profesora Jerzego Buzka w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej dla Bogdana Węgrzynka i współtworzonego przez niego klastrowego programu Polska 3.0.
Rafał Witkowski lub jak kto woli – Rafał Małkiński znów znalazł sposób.
Udało się tylko dzięki realizatorowi z Polsatu.
To właśnie on ustawił Witkowskiemu odpowiednie światło, przygotował kamery, by później w końcu samemu stanąć za kamerą i nakręcić cenną dla programu Polska 3.0 wypowiedz Premiera.
Kamerzysta ze śmiechem parsknął „-chłopie kogo ty udajesz? do pługa, a nie do kamery” , co stało się znaną do dziś anegdotą, powtarzaną w kontekście oceny profesjonalizmu Rafała Witkowskiego w branży.
Witkowski za to nagranie oczywiście zainkasował pieniądze.
W tym samym dniu porzuciła Witkowskiego inna pracownica, która miała przeprowadzać profesjonalne wywiady w Sejmie. Witkowski wtedy stwierdził, że się do tej pracy w ogóle nie nadawała…
Kolejnymi realizacjami było nakręcenie wywiadów z cenionymi ekspertami programu Polska 3.0.
Rafał Witkowski zaprosił sporą grupę ludzi związanych z programem Polska 3.0 do rzekomego „studia” na Ulicy Madalińskiego. Było to po jednej z konferencji w Sejmie RP.
Okazało się, iż rzekome studio to kawalerka wynajmowana przez Witkowskiego, z niedziałającą toaletą w małym pomieszczeniu ze stęchniętym powietrzem i obskurnym wnętrzem.
– Taki obraz ukazał się osobom, które przyjechały do Rafała Witkowskiego specjalnie na rzekomo profesjonalne przygotowane przez niego nagranie dotyczące programu POLSKA 3.0.
Oczywiście Witkowski, przed realizacją, zażądał z góry zapłaty. Było to 5 000 zł.
Jednak wstyd, którego trzeba było się najeść, zespół programu Polska 3.0 wycenił na znacznie więcej. Wszystkich doświadczonych i profesjonalnych ekspertów trzeba było przemieścić do restauracji, aby w klimatyzowanym pomieszczeniu mogli się przygotować do wywiadów, które nota bene przeprowadzała Angelika Jarosławska-Sapieha.
Witkowski Vel Dyzma i Przemysław Saleta
Wracając do rzekomego studia Rafała Witkowskiego – okazało się, że musiał od sąsiadów pożyczać stół i krzesła.
Były tak obskurne, że eksperci programu Polska 3.0 wątpili we wszystko co mówił do nich zapewniający o sukcesie przygotowywanego nagranie producent Rafał Witkowski.
Witkowski, aby podnieść morale zniesmaczonych klientów, zaczął pokazywać nagranie studia, w którym był Przemysław Saleta. Podobno był nagrywany właśnie w tej samej kawalerce, na tych samych krzesłach. Jak się później okazało, było to kolejne kłamstwo Witkowskiego, mające podziałać na wyobraźnię i morale zebranych.
Kiedy specjalista od wizerunku (jak siebie również określał) Rafał Witkowski zmontował i opublikował pierwsze nagrania, eksperci programu Polska 3.0 żądali natychmiastowego zdjęcia wszystkich materiałów, które wychodziły z tej realizacji. Wizualnie wszystko to wyglądało naprawdę bardzo źle. Angelika Jarosławska wielokrotnie pisała do Rafała Witkowskiego, aby ten ściągnął te materiały ze swojego profilu na youtube.com.
Nigdy tego nie zrobił.
Materiałów potrzebował, aby naciągać potencjalnych kolejnych nieszczęśników.
Witkowski chciał się zrehabilitować i zrobić nowe, dużo lepsze materiały. Znów za parę tysięcy złotych miał zrobić realizację w Toruniu na Welconomy Forum. Tym razem miał być pełen profesjonalizm.
Zespół programu Polska 3.0 pokrył noclegi w hotelu dla osób związanych z realizacją. Choć miał być tam tylko zespół realizacyjny, sam Witkowski zabrał ze sobą kochankę o imieniu Anita, z produkcją nie mającą nic wspólnego.
Również za to realizację dostał wynagrodzenie, ale cóż – kolejna również była nie do zaakceptowania a standard utrzymał na dotychczasowym poziomie.
Potem Rafał Witkowski pojawił się na Kongresie Klastrów, organizowanych przez Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, której właścicielem jest Iwona Gaweł.
Iwona Gaweł od razu poznała się na Witkowskim, której również Witkowski, zgodnie ze swoim standardowym modelem działania – nigdy nie pokazał żadnej realizacji.
Choć faktycznie z ekipą przyjechał.
Wtedy do organizatorów kongresu wydzwaniali ludzie, że podobno Witkowski nie rozliczył się z jakiegoś sprzętu, a dwie kamery zostały uszkodzone, chodziło o kwotę prawie 800 000 zł
Za realizację kongresu wtedy zażądał ponad 20 tysięcy zł.
Co ciekawe, realizacja ta nigdy nie pojawiła się w internecie, choć Witkowski przysięgał, że oglądalność była niesamowita.
Wtedy też Rafał Witkowski przyjechał z inną kochanką, tym razem Ukrainką.
Tak jak w poprzednim przypadku Witkowski zajmuje jeden pokój, za który tym razem to Iwona Gaweł pokrywa koszty.
I Światowy Kongres Klastrów
Organizatorzy I Światowego Kongresu Klastrów w Dąbrowie Górniczej. Wtedy okazało się, że Rafał Witkowski jest chory na białaczkę – tak przynajmniej mówił, i że te pieniądze, które jest mu winna Iwona Gaweł były przeznaczone na chemię, która akurat w jego przypadku jest jedynym wyjściem, aby mógł przeżyć.
Bogdanowi Węgrzynkowi zrobiło się Rafała Witkowskiego po prostu żal. Przyjaciółka Witkowskiego, Małgorzata Ligas przekonywała go, aby znów skorzystać z usług Rafała Witkowskiego i pomóc człowiekowi w potrzebie, dając mu zlecenie.
Rafał Witkowski obiecał wtedy, że wszystkie jego błędy zostaną naprawione i nie tylko przekaże zaległy materiał z pierwszego kongresu klastrów, ale także na najwyższym poziomie zrealizuje materiał z II Kongresu Klastrów.
Witkowski i Ligas czyli perfekcyjny Duet Krętaczy
Dyrektorem zarówno pierwszego i drugiego kongresu klastrów była Małgorzata Ligas, która miała dostęp do maili organizatorów i jak się później okazało – na prośbę Rafała Witkowskiego podrabiała podpisy osób decyzyjnych na kongresowych zleceniach.
Za to też została skazana.
To właśnie Małgorzata Ligas zaprzyjaźnia się z Witkowskim i jego żoną. Witkowski przeprowadza wszystko bardzo sprytnie.
Mami wielkimi sukcesami dwudziestoparoletnią, mieszkającą w małej wsi pod Zakopanem Małgorzatę Ligas. Dziewczyna ma marzenia, która właśnie zaczął spełniać Rafał Witkowski.
Rafał Witkowski, pomimo niewywiązywania się z umów i niezrealizowania zamówienia, wygrywa procesy sądowe.
Dziwi to organizatorów, ponieważ nigdy ani jeden, ani drugi kongres nie został przez Witkowskiego zrealizowany.
Nie dostarczył – tak jak obiecywał – żadnej realizacji nagrania na twardym dysku, ani do dnia dzisiejszego nie można znaleźć nagrań internecie (choć Witkowski zarzekał się, że nagrania tam się znajdą).
Tylko dzięki Telewizji Polskiej – profesjonalnemu nadawcy, można było oglądać I i II Kongres Klastrów, który był pokazywany na TVP Info, w wiadomościach i panoramie TVP.
Wszystkie realizacje zostały sumiennie i o czasie rozliczone z Telewizją Polską – zarówno z pierwszego, jak i z drugiego Kongresu Klastrów. Węgrzynek płaci zobowiązania chociaż na zleceniach Małgorzata Ligas podrabiała podpisy Bogdana Węgrzynka.
Kiedy Węgrzynek skierował sprawę do sądu, okazało się, iż Małgorzata Ligas nie tylko podrobiła setki podpisów pod szkoleniami i innymi dokumentami, ale także wyłudziła od Iwony Gaweł 70 000 zł.
I za ten preceder Małgorzata Ligas zostaje skazana.
Nie ma już nic do stracenia.
W tej chwili Małgorzata Ligas wraz z Rafałem Witkowskim pomawiają osoby, a Witkowski manipulując faktami, przypisuje długi Iwony Gaweł i Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości zupełnie niezależnej osobie – Bogdanowi Węgrzynkowi.
O co chodzi?
O to, aby zaatakować Bogdana Węgrzynka (który wie, jakich przekrętów dopuszcza się Rafał Witkowski) medialnie, zanim ktokolwiek zdąży sprawdzić, że są to tylko pomówienia i kłamstwa.
Witkowski nie ma problemu, aby kłamać wprost do kamery naciąga tym razem kolejne osoby dając zlecenia swojej żonie, która jest prawnikiem.
Jak nam powiedział oszukany przez Rafała Witkowskiego Norbert Pyffel – nigdy nie spotkał takiej gnidy i notorycznego kłamcy, który wprowadza w problemy finansowe i wizerunkowe przedsiębiorców i poważne organizacje.
Bogdan Węgrzynek, poprzez Rafała Witkowskiego stracił nie tylko pieniądze, ale też niektórych partnerów.
Okazało się, że poszkodowanych osób i instytucji na jego tzw. produkcji telewizyjnej jest dużo więcej…
Kolejna Tożsamość
Marzena Chołydyńska to osoba, która miała również nieprzyjemność współpracować z Witkowskim Vel Miałkińskim:
-„Ten człowiek najpierw proponował mi pracę, a potem próbował proponować mi sex. Byłam w trudnej sytuacji finansowej, a Witkowski obiecywał mi pracę w TV Polsat. Mówił, że za jego pośrednictwem na profilach facebook’owych prowadzone są transmisje premiera rządu Donalda Tuska.
Pojechaliśmy nad zalew Zegrzyński, gdzie miał mnie przygotowywać do wywiadów. Opowiadał, że administruje portal Prawy.pl i pomaga osobom w trudnych sytuacjach – zwłaszcza poszkodowanych przez wymiar sprawiedliwości.
Mówił, że osobiście zna się ze Zbigniewem Ziobro i ma zostać jego najbliższym doradcą, kiedy PiS dojdzie do władzy.
Świetnie nam się rozmawiało – do czasu, kiedy z samochodu Witkowski wyjął koc i mocniejsze trunki.
Powiedział, że muszę się rozluźnić, że jutro jest mój wielki dzień. Nagle zaczął się do mnie dobierać i mówić, że od pierwszego wejrzenia się we mnie zakochał. Byłam sparaliżowana. Dostał ode mnie w twarz i zaczęłam krzyczeć. Potem próbował przepraszać, a potem mnie straszyć. Mój partner podjechał pod jego studio, ale Witkowski z przerażenia nawet nie otworzył bramki.”
Krzysztof Tobisz twierdzi, iż „dobrze, że Bogdan Węgrzynek nie zapłacił Witkowskiemu za rzekomą realizację telewizyjną.
Przynajmniej on jeden, nie dał się naciągnąć. Choć i tak zapłacił Witkowskiemu za inne realizacje, z których wypłynęła amatorszczyzna.
Przy mnie Witkowski grał profesjonalistę, choć później się okazało, że wynajmował amatorów, którzy z filmowaniem nie mieli nic wspólnego, lub też sam szkolił osoby – nie mając żadnego doświadczenia.
Mnie naciągnął na produkcję telewizyjną, która miała promować sportowe wakacje. Wyszło jak wyszło…”
Sam Rafał Witkowski – powołując się iż jest dziennikarzem Onetu, wydzwaniał do osób, które rzekomo miał oszukać Bogdan Węgrzynek. – Tak Witkowski zadzwonił do mnie 21 sierpnia i przekazywał, że Węgrzynek oszukał wiele osób i zbiera informacje, kogo jeszcze mógł naciągnąć. Witkowski dostał telefon do mnie od mojej koleżanki, pracującej w Akademii Piłki Ręcznej, z którą Bogdan Węgrzynek organizował event kończący karierę Artura Siódmiaka.
To było wspaniałe przedsięwzięcie. W wypełnionej hali w Gdańsku ponad 10 000 widzów oglądało pokaz polskich piłkarzy ręcznych z najlepszymi na świecie zawodnikami tej dyscypliny. Była drużyna VIP-ów, w której zagrali w niej najlepsi sportowcy; medaliści olimpijscy i mistrzowie świata. Był także koncert nowosądeckiego zespołu. To było głośne wydarzenie, które relacjonowała Telewizja Polsat.
Sam Węgrzynek za organizację tego wydarzenia dostał wyróżnienie od ówczesnego Ministra Sportu.
Witkowski zaczął mnie straszyć, że i ja będę miała kłopoty. Zadzwoniłam wtedy do Onetu i okazało się, że Rafał Witkowski nigdy nie pracował w Onecie i nie ma z tym portalem nic wspólnego.
Widziano potem Rafał Witkowskiego kilkakrotnie z Jackiem Łęskim, w tym na konferencji prasowej, gdzie Łęski pojawił się z Witkowskim by zaatakować Angelika Jarosławską-Sapiehę.
Jak powiedział nam dziennikarz śledczy rozpracowujący Witkowskiego, Jacek Łęski wraz z Witkowskim przygotowali atak, który miał spowodować pogrążenie Jarosławskiej-Sapiehy.
Atakowano ją oczywiście bezpodstawnymi zarzutami – kłamstwami, ale nie o to chodziło. Zgodnie z dawnymi, komunistycznymi praktykami, chodzi o to, aby kłamstwo powtarzać wiele razy. Aby ludzie pomyśleli, że „coś musi być na rzeczy”.
Okazało się, że ten wytatuowany goguś, tak nazywają Witkowskiego nawet dobrze gęby nie umiał otworzyć. Wymachiwał jak to w jego stylu jakimiś wydrukowanymi papierami i mailami. Dziennikarze newsowi, zaproszeni na konferencję Angeliki Jarosławskiej-Sapiehy określili go mianem mitomana współpracującego z bandą agentów Łęskiego.
Nikt o nim nie napisał. Cel nie został osiągnięty.
Kolejna manipulacja Rafała Witkowskiego Vel Dyzmy
Rafał Kamiński, który oczekiwał obrobionego materiału z I i II Kongresów Klastrów w Dąbrowie Górniczej miał zapłacić za relacje zrealizowane przez Witkowskiego. Nigdy ich nie zobaczył i już na II Kongresie Klastrów, widząc jak Witkowski realizuje zadania, powiedział, że z tego nic nie będzie.
To właśnie w rozmowie z Bogdanem Węgrzynkiem usłyszał: – „jeżeli nie dostaniesz zrealizowanego materiału Kongresu na twardym dysku lub innym nośniku nie wypłacaj Witkowskiemu ani centa. Bo nigdy tego materiału nie zobaczysz. Na pierwszy rzut oka to ściemniacz.”
Materiał z II Kongresu Klastrów w Dąbrowie Górniczej miał być tłumaczony na język angielski.
Niestety Witkowski nie podpiął kamer do tłumaczeń symultanicznych, choć miał wszystko z firmą zajmującą się tłumaczeniami ustalić. Dlatego zarówno Witkowski jak i firma od tłumaczeń nie zostały rozliczone.
Jak powiedział Bogdan Węgrzynek:
„Rafałowi Witkowskiemu za II Kongres Klastrów w Dąbrowie Górniczej nie wypłacę ani jednej złotówki. Nie wypłacę, ponieważ na żadnym nośniku nie dostałem materiału. Ba – jak mnie informowała Małgorzata Ligas, Witkowski nawet nie miał zamiaru wywiązać się z danej umowy.
Jest oczywiście stuprocentowym kłamstwem, że Witkowskiemu zalegam 100 000 zł. Zresztą -może Rafał Witkowski, który pojawiał się na różnych realizacjach z kochankami nie jest chory na raka, ale ma po prostu coś z głową. „
Zastanawiamy się też jak wielka przyjaźń łączy Rafała Witkowskiego z Jackiem Pieńczakiem. Czy może obaj panowie robili między sobą także tzw. Biznesy na samochodach. Jak pisaliśmy we wcześniejszym artykule, Jackowi Pieńczakowi ginęły zatowarowane tiry, zarejestrowane na Marka Pieńczaka. A może Witkowski pomagał Pieńczakowi rozbijać kolejne samochody, aby wyłudzić ubezpieczenie z Auto Casco?
Bo przecież na produkcji telewizyjnej to chyba Rafał Witkowski kariery nie zrobi, no chyba że taką w stylu Nikodema Dyzmy…
Krzysztof Magiera krótko skwitował znajomość Rafała Witkowskiego i Jacka Pieńczaka: „Powinni oni wystąpić w drugiej części popularnej komedii „Głupi i Głupszy”. Zresztą – to zdjęcie profilowe faktycznie mówi o wszystkim…”
Za to podsumowanie bardzo dziękujemy….
Bogdan Węgrzynek, Damian Michalski, Radosław Janik
ZDJĘCIA:
Zdj: Akty oskarżenia wobec Jacka Pieńczaka
Zdj: Oto kilka dokumentów z istniejących kilkudziesięciu przeciwko oszustowi Jackowi Pieńczakowi. Co ma z tym wspólnego Rafał Witkowski pokaże śledztwo…

Zdj: Oto kilka dokumentów z istniejących kilkudziesięciu przeciwko oszustowi Jackowi Pieńczakowi. Co ma z tym wspólnego Rafał Witkowski pokaże śledztwo.
Zdj: Oto kilka dokumentów z istniejących kilkudziesięciu przeciwko oszustowi Jackowi Pieńczakowi
Zdj: Radosław Wajs i Dawid Matusiak prowadzą szkolenia na obiekcie Jacka Pieńczaka bez wymaganych dokumentów jako instruktorzy.
Zdj: Radosław Wajs i Dawid Matusiak prowadzą szkolenia bez wymaganych dokumentów jako instruktorzy.
Zdj: Kradzione samochody Jacka Pieńczaka na CampX. Wśród nich jest też skradziony autobus, który został zdewastowany na strzelnicy CampX.

Zdj: Auto należące do Anity Karcz, drugiej żony Jacka Pieńczaka. Na ten samochód Pieńczak podrabiał dokumenty jak również akcyzę.
Zdj: Radosław Wajs i Dawid Matusiak prowadzą szkolenia na obiekcie Jacka Pieńczaka bez wymaganych dokumentów jako instruktorzy.
Zdj: Wyłudzane dotacje z Ministerstwa Obrony Narodowej.
Zdj: Jacek Pieńczak ma też sprawę korupcyjną z dowódcą jednej z Jednostek Specjalnych.

Zdj: Porshe należące do małżonki Jacka Pieńczaka. Jacek Pieńczak wraz z przyjaciółmi rozbił ten samochód aby wyłudzić AutoCasco.

Zdj: Porshe należące do Anity Karcz, małżonki Jacka Pieńczaka. Jacek Pieńczak wraz z przyjaciółmi rozbił ten samochód aby wyłudzić AutoCasco
submitted by BlackDevil13 to u/BlackDevil13 [link] [comments]


2019.11.04 21:40 ThisOneTimeOnlyOK Transowe success story

EDIT: No co za ludzie. Człowiek pisze sobie post, cieszy się życiem. Wstaje rano, wraca po 8 godzinach pracy - a tu 30+ wiadomości w skrzynce, gold i silver. Opanujcie się! W każdym razie dzięki wielkie za golda na throwaway koncie <3 A teraz czas na maraton odpisywania... Pozdrawiam wszystkich i cieszę się, że sprawiłam Wam przyjemność :)
No cze.
Problemy osób trans przed tranzycją - tysiące informacji. Problemy osób trans po tranzycji - dziesiątki. Pozytywne historie osób trans po tranzycji? Eee... Są! Są, są, sama widziałam. Są. Tak że ten, w zasadzie nie ma sprawy, nie macie po co czytać dalej.
Ale żeby dać Wam rzeczywiście dobry powód, żeby zignorować resztę posta, to pierwsze musi zaistnieć owa "reszta posta". Tak więc, here you go.
Nazywam się wciąż tak samo, jak kiedyś. Mam bliżej do 30 niż 20. Mieszkam w Polszy, jestem trans. Urodziłam się geekiem (nerdem?), stałam się geeczą (nerdczą? Po awansie będę nadnerczą?). Mimo że moja preferencja seksualna się nigdy nie zmieniła, to nagle z akceptowalnego hetero, stałam się homolesbą - taka to sprawiedliwość. Efekt uboczny - szczęśliwy homozwiązek z [cis] dziewuszką. Teraz, kiedy się już świetnie znamy, chciałabym przedstawić historię mojej arcytrudnej tranzycji.
Zacznijmy od 20+ lat życia w przekonaniu, że to fetysz. Zaczął się skubany jak miałam mniej niż 7 lat i nie w każdej sytuacji dotyczył sfery seksualności - ale kto by się zastanawiał, fetysz to fetysz. Tutaj mogłabym opisać moje życie, ale nikomu to do szczęścia niepotrzebne. Ważne, że problemy były wystarczająco duże, żeby latami płakać nad niemożliwą do odwrócenia rzeczywistością, ale psychika na tyle odporna, co by nie mieć myśli samobójczych.
Ważny zwrot wydarzył się X miesięcy temu – w końcu [bardzo nikłe] ustatkowanie życiowe, możliwość radosnego zapadnięcia się w owy fetysz bez problemu. No i wtedy zonk – dlaczego wciąż czuję się jak kupa? Dlaczego to nie wystarcza? Jak żyć? Załamanie, decyzja o tym, że sama nie dam rady, podróż do pierwszego w życiu psychologa.
Inteligentne podejście z mojej strony: Jak z tym fetyszem żyć, psze Pani?Skonfundowana odpowiedź: A nie myślałaś może o tym, że trans jesteś?Wnikliwa analiza i jak zawsze trafna konkluzja: Może, ale w Polszy to przecież nie da się być trans.Skonfundowana riposta: W sumie to da się, wiesz? Hormony, takie tam.
Tak trafiamy do czasów odległych o ~rok. Cel: dowiedzieć się jak przeprowadzić tranzycję. Internet nie pomógł, zdobyłam dziesiątki informacji, każda mówi co innego i jest zależna od regionu Polski.
Krok 1: seksuolog. Efekt: psycholog-seksuolog hormonów Ci nie da.Krok 2: seksuolog lekarz. Efekt: potrzeba pisemnego zaświadczenia psychologa.Krok 3: kolejny, inny psycholog. Jedna wizyta, brak wątpliwości co do statusu trans.Krok 4: seksuolog lekarz. Efekt: brak wątpliwości co do statusu trans + zaświadczenie od psychologa = hormony.
W ten sposób otrzymałam receptę po 3 tygodniach od pierwszej wizyty u lekarz seksuolog. Zaczęła się terapia hormonalna.
Mijają 2 miesiące, widać pierwsze efekty tranzycji cielesnej (czyt. lekko widoczniejsze kości policzkowe i ból piersi, wypas). Czas na tranzycję społeczną. Ubrania - kupione. Makeup - ładnie napaćkany. Odwaga - może w pokoju obok. Wychodzę na zakupy. Pierwszy problem - stres sprawia, że mnie nie słychać. Praktycznie ruszam ustami bez wypowiadania dźwięków. Wstyd, problemy z komunikacją. Poza tym eksperyment udany, nikt nie zabił, nikt nie nakrzyczał, nikt nie splunął.
Czas na zwrot w treninug głosu, jakieś 3 miesiące później bez stresu rozmawiam przez telefon. Odbierając telefony skierowane dla PANA po drugiej stronie z miejsca uznają, że rozmawiają z żoną/siostrą. Success. Pominę fakt krótkiego treningu u słynnego tenora i jeszcze słynniejszej sopranistki. Pominęłam.
Hormony działają tak, jak powinny. Wolno, ale skutecznie. Wyniki krwi - jak zawsze świetne. Ubrania klasyczne, estetyczne - mam już doświadczenie w czym wygladam dobrze, a w czym nie, dzięki latom "fetyszu". Z mejkapem gorzej, ale nie tragicznie. Wciąż jednak jestem bez pracy. Szukam w wymarzonej branży dalej jako PAN - nie znajduję. Szukam w wymarzonej branży już jako PANI (chociaż dowód dalej stary) - nie znajduję. W końcu doskwiera brak mamony, szukam gdzie się da czegoś godziwego. No i trafiło - czeka mnie rozmowa telefoniczna.
Stanowisko może nie takie za 5k/miech, ale porządne, godne magistry. Pierwsza rozmowa telefoniczna - jestem zesrana totalnie, ale jakoś idzie. Potem rozmowa w 4 oczy, myślę czy mówić żem trans, czy nie (w końcu dalej stare dane). Przed spotkaniem e-mail z prośbą o dane osobowe - tyle z mojego wyboru. Wysyłam i informuję od razu dlaczego nie pokrywają się z używanymi. Odpowiedź: whatever, no problem. Zdziwienie z mojej strony. Cool!
Rozmowa kwalifikacyjna - bez problemu. Praca rozpoczęta - bez problemu. Wygląda na to, że poza ludźmi, którzy widzieli moją umowę o pracę, nikt do dzisiaj nie wie, że jestem trans. Nie ukrywam się, ale jak narazie nie mam zamiaru wyskakiwać z tym jak filip z konopii. Samo wyjdzie, to wyjdzie, narazie status quo.
Czas na zmianę danych. Okazuje się, że potrzeba roku na hormonach - powaliło ziomków, ale co ja mogę. Rok mija niedługo, tak że wio z badaniami. Po co ich aż tyle?! Nie mam pojęcia.
• Kariotyp - chore pieniądze, żeby zobaczyć że mam XY (szok i niedowierzanie). Worth as f*ck, polecam każdemu.
• EEG - wracanie do domu z odciśniętym czepkiem na czole i szczęce, z włosami całymi w jakiejś paście, polecam każdemu.
• Rezonans - za pierwszym razem ok, gruszka-wołaj-na-pomoc w ręku, brak klaustrofobii, luzik. Szkoda że jak mnie wsunęli ponownie to zapomnieli wręczyć gruszkę(!), ale przeżyłam, więc chyba spoko. Lol, mam lekko krzywą czaszkę z tyłu. Pewnie dlatego lesba, even my head is not straight enough.
• Psycholog - ponoć powinno się sprawę załatwiać z milionem testów, 6+ spotkaniami i w ogóle kupą pieniędzy. Mi powiedzieli, że jak jestem uparta (byłam) to mogę przyjść i dostać prostszą wersję, ale do sądu ona nie wystarczy. Po 1 spotkaniu taką dostałam. Sądowi ponoć wystarczy. Tyle w temacie.
• Psychiatra - posrana byłam, że będzie chciał mnie znowu do psychologa wysyłać czy coś. Dostałam świstek od ręki i życzył powodzenia
• Dno oka - badanie zajęło mi 10 minut, lekarka zwyzywała sąd że w ogóle tego potrzebują, życzyła powodzenia
• Seksuolog - lekarka od początku dobrze nastawiona, nigdy nie robiła problemów, po przeczytaniu mojej autobiografii (liczącej chyba ze 3 strony A4, a potem się dowiedziałam że często jej podsyłają w 5 linijkach) brak wątpliwości.
Teraz czekam na brakujące dokumenty i otwieram sprawę. Oby rozegrała się szybko.
Poza tym rodzina - nie wszyscy zachwyceni, ale najbliższa już się pogodziła i nie ma lipy.
Inne sprawy - świetne historie. Neurolożka wszystko od ręki. Podolożka z TAKIM sercem. Kosmetyczki z TAKIM profesjonalizmem (przed i po tranzycją!) tak mniej (brwi) jak i bardziej hardcorowe wersje (laser). Medycyna pracy - pełna profeska, jeszcze zadzwoniły do innych pokoi, żeby mnie jako PANI wołali. Sklepikarki, recepcjonistki - złote kobiety. Ludzie na ulicy - zero problemu (od prawie roku). W pracy - zero problemu, uśmiechnięci, drzwi mi otwierają, radą służą. Wyglądowo? Sama się za modelkę nie uważam (eufemistycznie mówiąc), ale mam to szczęście wyglądać lepiej od Quasimodo. Sprawy miłosne? Wspomniany szczęśliwy związek z kobietą. Poza tym lekki podmuch smalcu od niektórych gości w pracy, pojedyczny przypadek półmózga który postanowił zagaić w busie - poza tym spokój.
Ja wiem, że wiele zawdzięczam rejonowi Polski. Bardzo współczuję wszystkim tym, którzy pochodzą ze wschodu - niech bogowie mają Was w opiece! (A jako, że wrzody i żądza krwi jest Wam już z góry przypisana, to polecam jednak wybrać dwóch pozostałych i skupić się na modlitwie o dobrą zmianę i trochę przyjemności na tym łez padole).
Co z operacją, pytacie? Ano nic. Dajcie znać, jak bioinżynieria pozwoli mi na otrzymanie przeszczepu działającej muszelki, czy innej brzoskwinki, bo nie uśmiecha mi się upokorzenie, cierpienie, zawód i ewentualna śmierć w gratisie. Jestem cierpliwa, poczekam. Jak trzeba będzie to i całą wieczność.
Tranzycja w Polsce to nie jest prosta sprawa. W tym kraju często prędzej dostaniesz raka jąder, niż hormony. Ale chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie zawsze tak to wygląda. Że można mieć odrobinę szczęścia i - oczywiście nie bez kłód pod nogi ze strony państwa i swojej własnej głowy - przejść sprawę w miarę bezboleśnie. Bo zwykle się słyszy, że "2 lata czekam i nic", czy "gatekeepers", a ja tutaj sobie siedzę i piszę do was po roku czasu. I w tym okresie załatwiłam hormony, wszystkie potrzebne badania, coming out, znalazłam świetną pracę i dalej się rozwijam. A 3/4 z tego to szczęście, nie umiejętności i życzę Wam, żeby i do Was świat się w tych sprawach uśmiechnął.
K THX BYE
submitted by ThisOneTimeOnlyOK to Polska [link] [comments]


2018.12.16 11:39 Gazetawarszawska GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”. O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU cz.1/2

GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”. O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU

JUDAISM & ISLAM 15 DECEMBER 2018
GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”.
O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU
Grigorij Klimow Nota autorska - 19 listopada 2000 roku "Biblioteka Grigorija Klimowa":
Григорий Климов - Божий народ
Тут можно читать онлайн Григорий Климов - Божий народ - бесплатно полную версию книги (целиком). Жанр: Политика, издательство Советская Кубань, Пересвет, год 1999. Здесь Вы можете читать полную версию (весь текст) онлайн без регистрации и SMS на сайте LibKing.Ru (ЛибКинг) или прочесть краткое содержание, предисловие (аннотацию), описание и ознакомиться с отзывами (комментариями) о произведении.

Książka „Naród Boży” Grigorija Klimowa lub jej część JEST ZABLOKOWANA PRZEZ ROSKOMNADZOR (Rosyjska Komisja Cenzury). Żebyście Państwo nigdy nie poznali prawdy o tym, jak "was traktują" zaciekli Syjono-nazistowscy sataniści.
Zablokowanie to już się dokonało lub nastąpi w najbliższych dniach, w miarę tego, jak coraz więcej i więcej dostawców usług internetowych (providerów) będzie zmuszonych do zablokowania tej jednej Strony lub całej Witryny, jeśli nie mają możliwości technicznych, co oznacza, że ​​około 30% populacji Rosji już więcej tej Strony nie zobaczy, chyba że za pomocą anonimizera.
"Biblioteka Grigorija Klimowa": g-klimov.info
Całość książki: https://libking.ru/books/sci-/sci-politics/406928-grigoriy-klimov-bozhiy-narod.html
Spis treści
Naród Boży
• O autorze • Istota problemu 1. Co to jest kompleks władzy 2. Jak odnajdywać degeneratów? • Trzy stadia degeneracji 3. Jak Pan myśli, czy jest dużo degeneratów? 4. Skąd Pan wie, może sam Pan jest degeneratem? 5. A dlaczego nie założyć, że wszyscy jesteśmy degeneratami? 6. Co sądzi Pan na temat Międzynarodowego Funduszu Walutowego? 7. Co sądzi Pan o Jelcynie i jego drużynie? 8. Czy może w ROSJI być normalny rząd? 9. Co Pan myśli o bojownikach za "czystość krwi"? 10. A co Pan myśli o małżeństwach zboczeńców i odrodzeniu (stworzeniu) "Nowego Narodu" (ros. - "Новой Нации")? 11. A jak u Pana jest z tematem religii?
  1. Miałem na myśli religię jako przedmiot badań ... 13. Powstaje jakaś ponura beznadziejność 14. Jakie jest Pańskie zdanie na temat masonerii? 15. Czy są dobrzy masoni? 16. Jakie jest Pańskie zdanie na temat ANTYSEMITÓW i ich walki z Żydami? 17. Czy uważa Pan, że istnieje ogólnoświatowy spisek? 18. Jakie główne zadania widzi Pan w swoich wykładach na temat WYŻSZEJ SOCJOLOGII? 19. Czy mogą zboczeńcy mieć dzieci? 20. Czy uważa Pan, że towarzysz X jest zboczeńcem?
Listy (spisy) 1. Komisariat Wojskowy 2. Komisariat Spraw Wewnętrznych (tj. do spraw egzekucji) 3. Listy tajnej policji Związku Radzieckiego ▪ Członkowie Komisji Nadzwyczajnej Piotrogrodu ▪ Członkowie Piotrogrodzkiej Komuny ▪ Członkowie Komisji Nadzwyczajnej Moskwy 4. KOMISARIAT SPRAW ZAGRANICZNYCH 5. KOMISARIAT FINANSÓW ▪ AGENCI FINANSOWI ▪ CZŁONKOWIE KOMISJI TECHNICZNEJ DO SPRAW LIKWIDACJI BANKÓW PRYWATNYCH 6. KOMISARIAT SPRAWIEDLIWOŚCI 7. Lista społecznych obrońców 8. KOMISARIAT EDUKACJI NARODOWEJ 9. Lista dziennikarzy i pracowników centralnych gazet 10. Komisja d/s śledztwa w sprawie zabójstwa Imperatora Mikołaja II 11. Główna Rada Gospodarki Narodowej ▪ Biuro Wyższej Rady Sekcji Ekonomicznej ▪ Rada Komitetu Donieckiego ▪ Członkowie sekcji spółdzielczej ▪ Członkowie sekcji węglowej 12. Biuro Pierwszej Rady Delegatów Robotników i Żołnierzy w Moskwie 13. Centralny Komitet Wykonawczy 4-go Rosyjskiego Kongresu Delegatów Robotniczych i Wiejskich 14. Komitet Centralny V Kongresu 15. Komitet Centralny Socjaldemokratycznej Partii Pracy
  1. Lista Komitetu Centralnego Socjaldemokratycznej Partii Mieńszewików
  2. Lista Komitetu Centralnego Prawego Skrzydła Partii Socjalistów - Rewolucjonistów 18. Lista Komitetu Centralnego Lewego Skrzydła Partii Socjalistów - Rewolucjonistów 19. Oto Komitet Anarchistów w Moskwie 20. Reprezentacja w Lidze Narodów, czyli twarz Związku Radzieckiego 21. Lista dyplomatów ZSRR w Europie 22. Polityczni Przedstawiciele w państwach pozaeuropejskich 23. Rząd ZSRR 24. ŻYDZI W SKŁADZIE OGPU (NKWD) 25. NAJWYŻSZE ORGANA NKWD ▪ KOMISARZE BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO 1 STOPNIA ▪ Leningradzkiego Zarządu NKWD ▪ KOMISARZE ZABEZPIECZENIA PAŃSTWOWEGO 2 STOPNIA ▪ To, co robił Jagoda i to, co robił Stalin - było dziecinną igraszką w porównaniu z dyktaturą, panującą wewnątrz żydowskich gett ▪ ŻYDZI W GŁÓWNYM ZARZĄDZIE ŁAGRÓW I OSIEDLI NKWD ▪ ŻYDZI – NACZELNICY ZARZĄDU NKWD W TERENIE
  1. Hitler oskarżał Żydów o to, że zasadzili bolszewizm w Rosji, a teraz rozprzestrzeniają go na cały świat
  2. George Washington - "Żydzi są dżumą społeczeństwa, największymi wrogami społeczeństwa" 10. Mark Cicero: "Żydzi należą do mrocznej i odpychającej siły" 11. Lucius Seneca: "Ten naród zdołał nabyć taki wpływ, że nam, zwycięzcom, dyktuje swoje prawa" 12. Rzymski historyk Tacyt: "Żydzi uważają za skalane wszystko to, co dla nas jest święte" 13. Marius Justynian: "Żydzi zawsze byli sprawcami chrześcijańskich prześladowań" 14. Król Franków - Guntram: "Przeklęty niech będzie ten diabelski i zdradziecki naród żydowski, który żyje tylko podstępami" 15. Prorok Mahomet: "To dla mnie niezrozumiałe, dlaczego nikt do tej pory nie przepędził tego bydła, którego oddech podobny jest do śmierci
  3. Tomasz z Akwinu: "Żydom nie powinno się pozwalać na posiadanie tego, co zdobyli przez lichwę od innych"
  4. Erazm z Rotterdamu: "Jakiż rabunek i ucisk czynią Żydzi wobec biednych"
  5. Martin Luther: "Jeszcze nigdy słońce nie świeciło dla ludzi bardziej krwiożerczych i mściwych" 19. Żydzi do dzisiaj świętują Holokaust, tańcząc na ulicach i nawet upijając się 20. Giordano Bruno: "Żydzi są zadżumioną, trędowatą i niebezpieczną rasą, która zasługuje na wykorzenienie od dnia jej narodzin" 21. Papież Klemens Ósmy: "Cały świat cierpi z powodu lichwy Żydów, ich monopolu i oszustw" 22. Piotr I: "Wolę widzieć Mahometan i pogan w moim kraju, niż Żydów. Ci ostatni są kłamcami i oszustami" 23. Jean Francois Voltaire: „Żydzi są niczym innym jak tylko pogardzanym i barbarzyńskim narodem, który w okresie długiego czasu łączył obrzydliwą chciwość ze strasznym przesądami i niegasnącą nienawiścią do narodów, które ich znoszą i na których oni się bogacą” 24. Benjamin Franklin: „Jeśli my, na mocy Konstytucji, nie usuniemy Żydów ze Stanów Zjednoczonych, to oni za niecałe dwieście lat, rzucą się w dużych ilościach, zwyciężą, połkną kraj i zmienią formę naszych rządów” 25. Fryderyk Wielki: "Władcy nie powinni tracić Żydów z oczu. Powinni uniemożliwiać ich przenikanie do handlu hurtowego" 26. Cesarzowa Maria Teresa: „Nie znam żadnej innej złośliwszej zarazy wewnątrz kraju, niż ta rasa, która rujnuje naród chytrością, lichwą i pożyczaniem pieniędzy”
  6. Cesarzowa Jelizawieta Pietrowna: "Wszyscy Żydzi, mężczyźni i kobiety, niezależnie od pozycji i bogactwa, z całym ich majątkiem powinni być natychmiast usunięci poza granice"
  7. Angielski historyk Edward Gibbon: "Żydzi wykazali zwierzęcą nienawiść wobec Cesarstwa Rzymskiego, które nieustannie niszczyli przez bestialskie morderstwa i rozruchy" 29. Napoleon Bonaparte: "Oni są jak gąsienice lub szarańcza, które pożerają moją Francję" 30. Car Mikołaj I: "Główną przyczyną ruiny chłopów są Żydzi. Swoimi zdolnościami wykorzystują nieszczęsną ludność" 31. Niemieckie generał i strateg Helmuth von Moltke: „Badając kradzieże rzadko Żyd nie jest zaangażowany albo jako wspólnik, albo jako paser” 32. Franz Liszt: „Nadejdzie czas, kiedy wszystkie chrześcijańskie narody, wśród których żyją Żydzi, zadadzą pytanie, znosić ich dalej czy deportować ... czy chcemy życia lub śmierci, zdrowia czy choroby” 33. Japoński naukowiec, książe Mobuchum Okuma: "Żydzi na całym świecie niszczą patriotyzm i zdrowe podstawy państwa"
  1. "Niech nie czeka na przebaczenie Pana Boga ten, który zwróci rzecz, zgubioną przez goja (nie-Żyda)"
  2. Pasternak - Żyd i pederasta 13. Mandelsztam był chorym psychicznie 14. Statystyki amerykańskie mówią, że około 20% populacji Stanów Zjednoczonych jest chorych psychicznie 15. Biorąc pod uwagę fakt, że u Żydów psychicznie chorych jest sześć razy więcej, będziecie patrzeć na świat już innymi oczami 16. Jeżow był żonaty z Żydówką. Karzeł, potwór, kulawy. Krwawy karzełek - jak wtedy go nazywano - najstraszniejsza postać z czasów Wielkiej Czystki w latach trzydziestych 17. Praktycznie cała rewolucja francuska została dokonana przez masonerię i kosztowała Francuzów ponad milion ludzkich istnień 18. Majmonides: Żydzi muszą zerwać ze swoją przeszłością i dołączyć do kultury europejskiej 19. Rewolucyjna psychoza - to znaczy rewolucja związana z chorobami psychicznymi 20. Żydzi zostali wygnani z Anglii w 1290 roku przez króla Edwarda Pierwszego po licznych ujawnieniach zabójstwa chrześcijańskich dzieci przez Żydów w celach rytualnych 21. Sprawa Schneersona-Beilisa dotycząca rytualnego zabójstwa chłopca 22. Wszystkie nieludzkie sekty, z reguły, składają się z psychopatów 23. Polecam przeczytanie analizy książki "Shulchan Aruch"
  1. Liga "B'nai B'rith " (centrum żydowskiej masonerii) osiągnęła zakaz wystawiania sztuki Szekspira ▪ "B'nai B'rith " jest nazywana w USA żydowskim gestapo 11. Pod wpływem Kościoła Katolickiego ukształtował się wizerunek Żyda jako potomka diabła 12. Żydzi praktycznie toczą wojnę ze wszystkimi narodami ziemi, z całym światem. A potem wyją na cały świat, jak wszyscy ich nienawidzą 13. Żydowski Bóg – to karykaturą idei bóstwa 14. W żadnym kraju w Europie Żydom nie żyło się tak dobrze jak w Niemczech, ale ... 15. Żydzi w Niemczech hulali w restauracjach, wynajmowali całe sale, zachowywali się wyzywająco, podczas gdy większość ludności po niszczycielskiej I wojnie światowej żyła w biedzie i zadłużeniu 16. Żydowskie prawo religijne zabrania mieszanych małżeństw 17. Zgodnie z prawem norymberskim Żydzi nie mogli zatrudniać aryjskich pracownic domowych w wieku poniżej 45 lat 18. Można zepsuć literaturę gojów. Można zepsuć, zniekształcić, wypatrzyć ich przemysł i handel 19. Saltykow-Szczedrin: program łajdaków - Żydów
  2. "Ci, którzy mówią o sobie, że są Żydami, nie są nimi, to zgromadzenie satanistów"
  3. "Bij Żydów, ratuj Izraela!" 22. Najbardziej zajadli antysemici znajdują się zawsze wśród samych Żydów 23. Filozofia Nietzschego – to filozofia żądzy władzy i, w dużej mierze, nienawiści do człowieka, wewnętrznie jest związana z Talmudem. 24. Najbardziej zagorzałym antysemitą ze wszystkich niemieckich antysemitów był filozof Kant 25. Księga Powtórzonego Prawa – to najbardziej zła księga żydowska 26. Dlaczego Żydzi zbierają pieniądze od wszystkich i płacą tej oto paskudnicy - Bakuninej, prawnuczki anarchisty Bakunina? 27. Dzieci Theodora Herzla, założyciela syjonizmu, wyrzekły się swego ojca 28. Żydzi nie są narodem, to choroba 29. Aleksander II został zabity przez bombę, rzuconą przez Żyda Griniewickiego - Appelbauma 30. "Nie ma nic, co by mogło zbliżyć Chrześcijan do Żydów" 31. Dzisiaj wszystkie tureckie i rosyjskie łaźnie w Ameryce - to zakłady pederastyczne
  1. Całkowitym władcą Węgier był Żyd Matias Rakoczy (Rakosi)
  2. Nordau-Sjudfeld wprost nazywał wielkiego pisarza Lwa Tołstoja degeneratem najwyższego rzędu 5. Korzenie antysemityzmu ukryte są w głębi samego judaizmu i jego obecnej manifestacji - syjonizmie 6. W Greenwich Village, gdzie mieszkają lesbijki i pederaści 7. Prezydent Roosevelt był z domieszką krwi żydowskiej 8. Zamach na Aleksandra II, Cara - Wyzwoliciela, przeprowadzono dnia 13-go 9. Wszystkie te orliki byli masonami - pederastami 10. W walce o władzę jedna banda Żydów wieszała inną bandę Żydów 11. Całą prasę niemiecką Amerykanie oddali w ręce Żydów. Natomiast Żydzi zatrudnili do pracy pederastów - Niemców 12. Żydzi wnoszą rozkład do współczesnej kultury 13. Jeśli słyszysz słowo "feministka", to zwykle jest to upozorowanie, za tym zwykle kryje się lesbijstwo 14. Typową żydowską cechą jest zepsucie, rozkład, zniszczenie 15. Co sami Żydzi mówią o antysemityzmie
  3. W składzie sowieckiego rządu zarówno przy Leninie jak i Stalinie było około 80% czystych Żydów. A pozostali 20% - to byli zamaskowani pół-Żydzi lub degeneraci, żonaci z Żydówkami
  4. Siedem milionów najbardziej utalentowanych, najbardziej gospodarskich i najbardziej pracowitych chłopów rosyjskich, na których opierała się zawsze Rosja. Zlikwidowano ich wraz z rodzinami, z dziećmi 18. We wioskach pozostali tylko „kombiedy” (komitety biedoty – G.K.), lenie i pijani kalecy 19. Dwadzieścia milionów Rosjan - kwiat narodu rosyjskiego – zlikwidowano w Gułagu 20. Gelman, Rozowski, Roizman, Bakłanow i jeszcze 3000 takich samych gelmanów. Teraz – to nasi kapłani. Są wszędzie 21. Grupa oszustów w Taszkiencie została postawiona przed sądem - wszyscy Żydzi - podziemni milionerzy Taszkientu 22. "Dlaczego mam harować?" 23. U Żydów psychicznie chorych według formuły profesora Lombroso jest sześciokrotnie więcej, niż u nie-Żydów
Rozdział 11. Idealna narzeczona
Załączniki do książki • 01. Twórczość ludowa. Poemat o Żydzie. Moskwa, 1935 rok • 02. Kiriłł Bielaninow. Niebieskie świerki na Kremlu. I pili też • 03. Israel Shamir. Sprawdzenie zawszenia • 04. Odpowiedzi Głównego Rabina Izraela amerykańskim Żydom • 05. Sto praw z Shulchan Arucha • 06. L. Frey. O autentyczności protokołów Syjonu • 07. PROTOKOŁY MĘDRCÓW SYJOŃSKICH • 08. L. N. Gumilev. Niezgodność • 09. Boris Mironow. O żydowskim faszyzmie • 10. L.N. Gumilew. Błądzący superetos (ros. - Блуждающий суперэтнос) • 11. E. Topol. Pokochaj Rosję, Borysie Abramowiczu! 12. Solomon Lurie. Antysemityzm w starożytnym świecie • 13. Tatiana Putiatina. Lomehuza lub model umierającego społeczeństwa • Apel do czytelników i wydawców
O autorze
GRIGORIJ PIOTROWICZ KLIMOW
📷 Rosyjski pisarz, członek Związku Pisarzy Rosji. Autor bestsellera "MASZYNA TERRORU", wydanego w 12 językach w "Reader's Digest" w nakładzie ponad 17 milionów egzemplarzy. Trzy filmy według tej książki zostały nakręcone w Anglii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych w latach 1953-1954. Niemiecki film „WEG OHNE UMKEHR" („DROGA BEZ POWROTU”), został nagrodzony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w 1954 roku, zyskując tytuł „najlepszego niemieckiego filmu roku.” Angielski "THE ROAD OF NO RETURN" (DROGA BEZ POWROTU") i amerykański film "NO WAY BACK" ("NIE MA DROGI POWROTNEJ") przez długi czas nie schodziły z ekranów całego świata.
Autor książek:
Grigorij Klimow urodził się 26 września 1918 roku w mieście Nowoczerkask, w Rosji, w rodzinie lekarza. W 1941 roku ukończył z wyróżnieniem Nowoczerkaski Instytut Przemysłowy i wstąpił do Wojskowo - Dyplomatycznej Akademii w Moskwie.
W 1945 roku ukończył AKADEMIĘ i został wysłany do pracy w Berlinie jako czołowy inżynier RADZIECKIEJ ADMINISTRACJI WOJSKOWEJ.
W 1947 r. otrzymał rozkaz powrotu do STALINOWSKIEJ MOSKWY. Po długich rozmyślaniach uciekł do NIEMIEC ZACHODNICH.
W latach 1949-1950 pracował w CIA nad ściśle tajnym tematem „UPADEK SYSTEMU KOMUNISTYCZNEGO PRZY POMOCY LUDZI SPECJALNEGO TYPU. LUDZI Z KOMPLEKSEM WŁADZY (UTAJONEGO KOMPLEKSU HOMOSEKSUALIZMU LENINA)”. Nazwa zakodowana – PROJEKT HARWARDZKI. W latach 1951-55 był przewodniczącym Centralnego Związku Powojennych Emigrantów z ZSRR (TSOPE, ros. - ЦОПЭ) i redaktorem naczelnym czasopism „Wolność” i „Antykomunista” (to ostatnie w języku niemieckim).
W latach 1958-59 pracował jako konsultant w PROJEKCIE KORNELLSKIM w Nowym Jorku, gdzie również zajmowano się wszelkiego rodzaju sprytnymi badaniami psychologicznymi, związanymi z Powstaniem Węgierskim 1956 roku.
Wyniki 50 lat pracy nad tym tematem znalazły swoje odzwierciedlenie w siedmiu książkach. Ostatnie trzy książki są streszczeniem serii wykładów, przeznaczonych dla całego dowództwa KGB w przededniu PIERIESTROJKI.
Wszystkie książki zostały wydane przez Wydawnictwo SOWIETSKAJA KUBAŃ, miasto KRASNODAR, ROSJA. Całkowity nakład już przekroczył milion egzemplarzy.
Zmarł Grigorij Piotrowicz Klimow 10.12.2007 roku.
W sprawie zamówień należy skontaktować się z przedstawicielem Wydawnictwa SOWIETSKAJA KUBAŃ. MIRONOW WŁADIMIR LEONIDOWICZ przez e-mail[klimov_[email protected]](mailto:[email protected])
Możecie Państwo przesłać swoje opinie o książkach na adres e-mail: [klimov_[email protected]](mailto:[email protected])
lub napisać na adres:
GREGORY KLIMOV 48-34 91 place Elmhurst New York 11373 USA
ISTOTA PROBLEMU
CO TO JEST KOMPLEKS WŁADZY
- Grigoriju Piotrowiczu, pracuje Pan z ludźmi szczególnego rodzaju, ludźmi z kompleksem władzy – już przez 50 lat. Co to są za ludzie? Czym jest "Kompleks władzy"? Czym jest "Kompleks wodza"? Jaka jest istota tego problemu?
- Gdy bliscy krewni żenią się ze sobą, to dzieci z tych małżeństw będą degeneratami. Jest to stary, dobrze znany wszystkim fakt. Dlatego Cerkiew zabrania małżeństw między krewnymi. Aż do szóstego pokolenia. Jeśli jednak grupa przywódców religijnych będzie robić odwrotnie i będzie popierać takie małżeństwa, a nawet zakazywać małżeństw poza granicami swojej sekty, to ta sekta po 4-5 pokoleniach będzie pełna degeneratów.
Czy zna Pan jakąś sektę, która zakazuje małżeństw mieszanych i robi to już od kilku tysięcy lat? Zgadza się. Wszyscy znamy tę sektę.
Wielu degeneratów posiada niezwykłe cechy - takie jak nienasycona chęć dominowania, nienormalne, wręcz patologiczne pragnienie, aby być zawsze na wierzchu. Wielu z nich ma jawne i nienasycone pragnienie władzy. Ci degeneraci czują się „wybranymi”, „elitą” (megalomania, mania wielkości), ale równocześnie w tym samym czasie czują się „prześladowanymi” i „ściganymi” (mania prześladowcza). Bo przecież "mania wielkości" i "mania prześladowcza" są rodzonymi siostrami. Wszystko to jest elementarną prawdą. Przedszkolem.
A teraz pomówmy o tym problemie na bardziej wysokim poziomie - na poziomie wyższej socjologii (degenerologii), w dziedzinie, w której pracuję już od ponad 50 lat.
Praktycznie wszyscy przywódcy światowi mają wyraźny wrodzony kompleks władzy. Ten kompleks, z reguły, jest wynikiem stłumionego sadyzmu, który z kolei jest związany z utajonym homoseksualizmem.
Kompleks ukrytego homoseksualizmu Lenina ("Kompleks wodza") był dokładnie badany w CIA pod koniec lat 40-tych i na początku lat 50-tych. Nazwa kodowa tych ściśle tajnych badań naukowych – to Projekt Harvardzki. Tam, pracując w grupie naukowców Projektu Harvardzkiego, po raz pierwszy spotkałem się z tym tematem. Dowolna dobrze zorganizowana grupa ludzi, która ma wiedzę na ten zakazany temat, może wyszukiwać i przesuwać do władzy przyszłych liderów jako pionków w światowej grze szachowej. Jest rzeczą oczywistą, że przywódcy zwyrodniałej, zdegenerowanej sekty, którzy dobrze znają ten problem na własnej skórze i którzy praktykują w tej grze już kilka tysięcy lat, mają ogromną przewagę nad tymi, którzy grają bez wiedzy, bez przygotowania, i jeszcze w dodatku na ślepo.
Wszyscy widzieliśmy w telewizji jak 5-6 dorodnych sanitariuszy nie może sobie poradzić z jednym wątłym szaleńcem. Energia, wytwarzana przez tego szaleńca – jest najlepszą ilustracją tego, jaką naprawdę przemożną energię ma na wpół zwariowany sadystyczny zwyrodnialec, ogarnięty żądzą władzy.
Ci ludzie - są jak broń masowego rażenia. W dniu dzisiejszym wielu ludzi już zna podstawowe zasady konstrukcji bomby atomowej, ale tylko bardzo ograniczony krąg wtajemniczonych posiada wiedzę i umiejętności, niezbędne do produkcji broni jądrowej i, co jest nie mniej ważne, jest w stanie dostarczyć głowicę nuklearną do celu, wykorzystując ją do zniszczenia struktur państwowych. To samo dotyczy też wiedzy z zakresu wyższej socjologii, jednak degeneraci są bardziej skuteczni w niszczeniu krajów niż broń jądrowa. Są oni prawie tak samo skuteczni (ale w tym samym czasie tak samo niebezpieczni) jak broń biologiczna.
Degeneraci, z reguły, nienawidzą normalnych ludzi. W końcu "diabeł nie może kochać i nie kocha tych, którzy kochają". Wstrętnym zboczeńcom, zwyrodnialcomsprawia prawdziwie sadystyczną przyjemność oglądanie jak pewien na pół szalony przywódca – zboczeniec, wyniesiony przez nich do władzy w pewnym kraju, idzie na wojnę z innym na wpół szalonym sadystą – zboczeńcem, przyprowadzonego przez nich do władzy na przywódcę innego państwa, a miliony i miliony zwykłych ludzi giną przy tym dla zabawy i sadystycznej przyjemności tych przywódców zdegenerowanej sekty.
Chce mnie Pan zapytać - jak to się robi? Odbywa się to za pośrednictwem masonerii. Masoni, Illuminati, Rotary i tak dalej (imię nasze - Legion, bo nas jest wielu – odpowiedzieli Mu demony), wszystko są to kluby, gdzie degeneraci uważnie obserwują zachowanie potencjalnych kandydatów, a po potwierdzeniu obecności silnych skłonności homo-sadystycznych, zaczynają aktywnie przesuwać ich do dźwigni władzy.
- Jak znaleźć degeneratów?
- Zanim odpowiem na to pytanie, najpierw wyjaśnijmy, czym jest degeneracja.
Przede wszystkim chcę uściślić, że sam terminu degenerat używamy jako czysto medyczny termin, a nie jako słowo obraźliwe. Ci z Państwa, którzy nie mogą znieść nawet wzmianki o tym terminie (a takich spotkałem sporo w ciągu 50 lat, zwłaszcza w kręgach literackich) mogą zastąpić go słowem zboczeniec, zwyrodnialec ( w tłumaczeniu będę używał głównie terminu „zboczeniec” – A.L. ). Mówią, że pomaga. Powtarzam - w otaczającym nas świecie degeneratem może się okazać nawet cichy, dobrze wychowany profesor estetyki na lokalnym uniwersytecie.
Tak więc, degeneracja - jest to naturalny proces, który istnieje na ziemi od tysięcy już lat. Degeneracja – to integralna część cyklu życia. Narodziny, młodość, dojrzałość, starczy zachód słońca, śmierć. Na poziomie pojedynczej osoby proces ten jest dobrze znany każdemu z nas i nie trzeba go nikomu wyjaśniać. Dlatego będziemy mówić tutaj o degeneracji na poziomie klanu (rodziny).
Wielu historyków już od dawna zwróciło uwagę na fakt, że cykl życiowy klanów jest bardzo podobny do cyklu życia jednostki. Wygląda na to, że Pan Bóg (lub Matka Natura, jeśli ktoś tak chce) daje każdemu klanowi w przybliżeniu równy okres czasu dla życia na naszej grzesznej ziemi.
Natomiast kiedy dany klan przekroczył już etap dojrzałości i wszedł w złoty wiek starczego zachodu słońca, Pan Bóg (Matka Natura) daje mu pierwszy dzwonek. Ten dzwonek mówi członkom klanu o tym, że czas tego klanu tu na ziemi dobiega końca. Wyraża się to w tym, że pragnienie kontynuowania prokreacji poprzez naturalne stosunki seksualne jest odłączone.
Jeśli klan słucha głosu Boga i pozostaje bezdzietny lub przyjmuje na wychowanie przybrane dzieci, to wtedy oczekuje go złota starość. Do tego czasu klan zwykle osiąga dobrą pomyślność finansową i może już brać udział w różnych rodzajach działalności charytatywnej, takich jak: normalna sztuka, normalna nauka, normalna literatura. Członkowie tego klanu spokojnie cieszą się złotą porą starczego zachodu słońca tego rodu i w końcu odchodzą do innego świata, pozostawiając ludziom fundusze charytatywne na pamiątkę o swoich dobrych uczynkach.
Z drugiej strony, jeśli okaże się to nieposłuszny klan, tj. klan, który zbuntował się przeciwko Bogu, to jego członkowie będą ignorować głos Boga i będą starali się oszukać Pana Boga na różne sposoby.
Będą starali się oszukać Boga sztuczną inseminacją (czynioną palcem; obecnie również igłą – in vitro - A.L), fałszywymi, lipnymi małżeństwami - spać ze swoją żoną, a wyobrażać w głowie, że śpią z mężczyzną, albo z psem, albo z rodzoną matką („ёб твою мать”), lub oszukać Boga w taki oto sposób - żona, za pozwoleniem męża degenerata (lub bez jego zgody) idzie do lokalnego pubu i znajduje tam sobie na jedną noc niczego nie podejrzewającego zdrowego normalnego faceta. W narodzie wszystko to nazywa się "na cudzym ch.. wjechać do raju".
Jak widać, naród rosyjski o takich ludziach wiedział już od dawna i wyrażał swoją opinię na ich temat, na pierwszy rzut oka w mało zrozumiałych, w wielu przysłowiach.
Tak więc, członkowie tego nieposłusznego, walczącego z Bogiem klanu, z reguły zaczynają wspierać i finansować już nie normalną, a zdegenerowaną działalność charytatywną: sztukę zdegenerowaną, zdegenerowaną naukę, zdegenerowaną literaturę. Przy tym poprzez środki masowej informacji będą przekonywać wszystkich, że wszystko to, czym się oni zajmują - jest normalne i że nie ma w tym nic złego, a ten, kto nie akceptuje tego – jest człowiekiem zacofanym i wrogiem postępu światowego.
Dla takich przebiegłych lisów, Pan Bóg (Matka Natura) wkrótce daje drugi dzwonek. Do nienormalnego życia seksualnego dochodzą u nich jeszcze choroby psychiczne. Jeśli jednak i po tym klan będzie w dalszym ciągu trwał w walce z Bogiem, to rozlega się dla nich trzeci i ostatni dzwonek w postaci wad wrodzonych, takich jak charłactwo (ros. – кахексия) (uschnięta, sucha ręka - Stalin), końska stopa (Goebbels), rozszczep wargi (zajęcza warga), rozszczep podniebienia, zez i tak dalej i temu podobne. W normalnych, prymitywnych warunkach gwarantuje to odejście nieposłusznego klanu ze sceny historycznej w ciągu jednego lub dwóch pokoleń. Kto, przy zdrowych zmysłach, zechce poślubić zezowatego, sadystycznego, chromego i garbatego seksualnego zboczeńca?
Trzy stadia degeneracji
Tak więc, degeneracja ma trzy stadia:
  1. Perwersje (zboczenia) seksualne
  2. Choroby psychiczne
  3. Wady wrodzone
Teraz, gdy już jesteśmy zaznajomieni z trzema stadiami degeneracji, możemy wrócić do Pańskiego pytania, jak znaleźć degeneratów.
Znaleźć ich jest bardzo łatwo. Wystarczy tylko spojrzeć na drzewo genealogiczne danego klanu.
Jeśli drzewo genealogiczne, rodzinne jest zdrowe, jeśli ma wiele nowych gałęzi i wiele nowych, zdrowych pędów (zdrowych dzieci), to przed nami znajduje się normalny i zdrowy klan. Jeśli natomiast to drzewo genealogiczne wysycha (dużo par bezdzietnych), albo jeśli ma wiele martwych gałęzi (samobójstwa, choroby psychiczne, nienormalne dzieci), to patrzą Państwo na klan, który już wszedł w złotą fazę zachodu. Pozostaje nam teraz tylko ustalić, jakiego rodzaju jest ten zdegenerowany klan: bogobojny czy walczący z Bogiem. Jest to również łatwe do wykonania. Po prostu należy uważnie przyjrzeć się temu, co ten klan wspiera w otaczającym go życiu. Czy rozprzestrzenia on truciznę dekadencji w sztuce, nauce i literaturze, czy też walczy z tym ze wszystkich sił i popiera normalną sztukę, normalną naukę i normalną literaturę.
– Jak Pan myśli, czy jest dużo degeneratów?
- Statystyki dotyczące trzeciego (3) stadium degeneracji (wady wrodzone) i statystyki dotyczące drugiego (2) stadium degeneracji (choroby psychiczne) znajdują się w otwartej prasie. Możecie Państwo znaleźć je sami. Natomiast statystyk pierwszego stadium degeneracji (perwersje seksualne) - tak łatwo znaleźć nie można.
Weźmy dane opublikowane w USA przez doktora Wittelsa i doktora Kinseya. Dr Wittels w swojej pracy "Życie seksualne kobiet amerykańskich" podaje nam następujące statystyki:
Kobiety niezamężne:
20% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi kobietami; 51% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi kobietami aż do orgazmu włącznie.
Kobiety zamężne:
15% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi kobietami; 32% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi kobietami aż do orgazmu włącznie.
A jak te sprawy wyglądają u mężczyzn? Dr Kinsey podaje nam następujące statystyki:
4% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi mężczyznami 33% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi mężczyznami aż do orgazmu włącznie
Inne prace naukowe dostarczają nam nieco innego rozrzutu danych, ale większość z nich mieści się w przedziale 33-50%. Tak więc - co trzeci (co drugi) człowiek trafia do pierwszego stadium degeneracji.
Kiedy te dane zostały przeanalizowane według kryteriów zawodowych, to otrzymano dość interesujący obraz:
- 5% - chłopi (farmerzy); - 10% - robotnicy (w fabrykach); - 50% - intelektualiści; - 75% - pracownicy literatury i sztuki; - 90% - pracownicy środków masowego przekazu.
Ta statystyka daje nam nowe spojrzenie na dawną ideę o walce klas (o walce klasowej). Jednak walki klasowej nie bogatych z biednymi, a degeneratów z normalnymi ludźmi.

submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.06.13 04:04 Chinafulfil najlepsze i najgorsze i przedsiębiorstwo żeglugowe z chin.

jeżeli produkty są wytwarzane w chinach i sprzedajesz na rynku globalnym, przechowywanie produktów w chinach z chinafulfil.com i wysłać je do klientów w każdym przypadku, gdy konieczne jest bardzo dobry pomysł!
chinafulfil.com jest jednym z wiodących logistyki i spełnienia usługodawcę z siedzibą w shenzhen w chinach.chinafulfil.com jest bardzo doświadczona w transgranicznym handlu elektronicznego przemysłu dla klientów, którzy sprzedają produkty wytwarzane w chinach i zadowolić klientów na oszczędności w magazynie, skuteczne, aby zarządzanie, api integracji itd. chinafulfil.com dążyć do zapewnienia wsparcia naszym klientom wszechstronnejlogistyka rozwiązanie, które umożliwia im tylko skupić się na rozwoju biznesu.chinafulfil.com zaoferować jedną zatrzymać magazyn spełnienia usług i porządek linii żeglugowych, które obejmują przede wszystkim:
1.transport otrzymujących z miejscowego dostawcy / producenta.
2.kontrola jakości, aby upewnić się, że chinafulfil.com otrzymana ilość dopasować twoje zamówienie.
3.przechowywanie, żeby twoje akcje z 7 * 24 godziny nagrania z monitoringu.
4.wybierz & opakowanie na twoją online, aby w ciągu 24 godzin od pierwszego do, pierwszy z realizacji, zawsze trzymać zapasów świeżego.
5.aby wysyłka do wysłania rozkazy w następnego dnia rano po celu pakowane, różne usługi żeglugowe są dostępne w celu zaspokojenia faktycznych potrzeb nie jest szybkiej dostawy lub opłacalne wymagane.
6.webstore api.chinafulfil.com system ma związek z shopify, na aliexpress amazon, możesz podłączyć shopify / ebay 'u. / aliexpress / amazonie sklep z nami, zapewniając sklepu imię i przechowywać api klucz.chinafulfil.com się rozkazy w twoim sklepie automatycznie co 24 godziny lub whenver chcesz.
7.pozyskiwanie usług.chinafulfil.com doświadczenie w b2c elektronicznego przemysłu przyczynia się do budowania rozległej sieci dostawców w chinach.
8.usługi o wartości dodanej, takich jak etykietowanie, kitting, montażem, inspekcji, pakowania itd.
dlaczego chiny magazyn spełnienia usług?
jeżeli produkty są wytwarzane w chinach i sprzedajesz na rynku globalnym, przechowywanie produktów w chinach z chinafulfil.com i wysłać je do klientów w każdym przypadku, gdy konieczne jest bardzo dobry pomysł!
- chinafulfil.com dostarczyć o wiele tańsze magazyn spełnienia usług w chinach i żeglugi międzynarodowej usługi z chin.sprzedawca może uratować kosztów i zapewnić bardziej konkurencyjnych cen dla nabywcy.
- przez przesyłki do indywidualnych klientów z chin, możesz uniknąć podatku od sprzedaży / vat / obowiązków.wiecie, że większość z państwa lub państw członkowskich, jako handel elektroniczny sprzedawca, musisz zapłacić podatek od sprzedaży lub vat każdego przedsiębiorstwa do wysyłania produktów z twojego pobytu w magazynie.przez nasze usługi składowania w chinach z chinafulfil.com, nie ma żadnego podatku od sprzedaży lub opłat z tytułu vat na większość twoich rozkazów.na przykład, klientów w zjednoczonym królestwie nie musi płacić podatek vat na rozkazy mniej niż 15 funtów.w kanadzie, rozkazy mniej niż $20 (przywożone z zagranicy) są zwolnione z płacenia tgv.jeśli masz spełnienia center w innym kraju, należności celne przywozowe będą stosowane na granicach celnych w przypadku przywozu towarów luzem w kraju, dla większości produktów wytwarzanych w chinach.w końcu, twoi klienci będą musiały zrekompensować to poprzez wyższe ceny za swoje produkty.jednakże, jeśli składowania jest w chinach z chinafulfil.com, potem wysyłasz mniejszych zamówień bezpośrednio do klientów indywidualnych, to jest bardzo prawdopodobne, w celu uniknięcia ceł przywozowych.na przykład nie istnieje obowiązek opłat za rozkazy mniej niż 60 kg w wielkiej brytanii klientów.co więcej, kiedy musisz odpisać zapasy i wyrzucić twoją przestarzałą lub produktów sezonowych, opłaty ich na statek towarowy z chin do oversea magazyn i wszystkich podatków, które zostały już zapłacone, stanie się nie do odzyskania poniesionych strat.te bóle głowy z traci nie występuje, jeśli wybierzesz chinafulfil.com magazyn spełnienia usług w chinach.
dlaczego chinafulfil.com?
- chinafulfil.com zrozumieć żeglugi i zaspokojenie potrzeb b2c elektronicznego przedsiębiorstwa i osoby fizyczne całkiem dobrze.chinafulfil.com rozwoju wms i om 'ów system, który może zapewnić wymianę danych w czasie rzeczywistym automatycznie.musisz połączyć chinafulfil.com system z twojego sklepu internetowego, na amazonie, shopify, chinafulfil.com zajmie się cała reszta dla ciebie w tym celu spełnienia, żeglugi i śledzenia.
- chinafulfil.com doświadczenie w b2c elektronicznego przemysłu przyczynia się do budowania rozległej sieci dostawców w chinach.jeśli nie chcesz spędzić czas z rozwiązywaniem swoich dostawców, powiedz chinafulfil.com potrzeba wtedy chinafulfil.com zajmę się resztą. wszystko dla ciebie.chinafulfil.com bardzo dobrze wiemy, jak radzić sobie z chińskimi producentami.chinafulfil.com może również źródła dostawców dla ciebie, jeśli to konieczne.
- chinafulfil.com partnerstwa strategicznego z logistyki przewoźników pomaga zmniejszyć koszty transportu znacznie.chinafulfil.com długoterminowe współpracy z głównymi logistyki przewoźników, takich jak dhl, fedx, ups, chiny post, kongkong post itp. chinafulfil.com rozprowadzają lar
submitted by Chinafulfil to u/Chinafulfil [link] [comments]


2018.04.23 11:52 SoleWanderer Narodowcy donoszą na prezesa do Wyborczej. Śmiertelny wróg prosi o pomoc: No szczerze, nie znosimy gnoja

Kawaler Krzyża Zasługi do żony: - Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy, inaczej będę cię traktował jak sukę – Jest pan moim śmiertelnym wrogiem – oświadczył męski głos w słuchawce. – A jednak do nikogo innego nie mogę się zwrócić o pomoc. Jestem narodowcem z Lublina. Mamy tu problem. Przewodzi tu nami paskudny człowiek. Znęca się nad rodziną, zarabia na weteranach, a sam kreuje się na wzór do naśladowania. Jest odznaczany przez państwo. Wielu z nas się to nie podoba. No, szczerze: nie znosimy gnoja. Ale bez pomocy się nie oczyścimy. Po naszej stronie nikt raczej tego nie opisze, nie chcą kalać gniazda. Ale ja już nie mogę patrzeć, czuję wściekłość, sumienie mi nie daje spokoju. Inaczej bym się do śmiertelnego wroga nie zwracał, czy pan to rozumie? On nazywa się Karol Wołek i jest prezesem Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Proszę mu się przyjrzeć. Na razie chyba nie powiem więcej.
Szczerze przyznam, aż mną telepie, że z panem rozmawiam.
Roman Kroczący Karierę prezesa Wołka można by zmieścić w październikach.
Październik 2007 roku. 24-letni działacz Młodzieży Wszechpolskiej lokuje się tylko dwie pozycje pod Romanem Giertychem na liście LPR w wyborach do Sejmu. Nie dostaje się.
Giertych dzisiaj: – Wołek? Co za Wołek? Jakaś płotka. A ja z tymi świrami nie mam już nic wspólnego.
Październik 2010 roku. Czytelnicy z Lublina skarżą się, że kioskarze wkładają do środka „Wyborczej” „Gońca Lubelskiego”, czyli miesięcznik lubelskiej Młodzieży Wszechpolskiej. Robi się afera. Kioskarze tłumaczą, że „przyszły jakieś studentki i tak właśnie poleciły im robić”. Naczelnym „Gońca” jest wtedy 27-letni Wołek.
Październik 2014. Dwie osoby próbują zagłosować przez internet na lubelski budżet obywatelski. System komputerowy wyświetla błąd – już oddali swój głos. Sprawę bada ratusz. Okazuje się, że głosy przynajmniej 20 osób w internetowym głosowaniu zostały oddane bez ich wiedzy i zgody. Wszystkie na trzy projekty. Pierwszy to postawienie pomnika Romana Dmowskiego w okolicach lubelskiego Zamku (miałby kosztować 499 tysięcy złotych). Drugi – Szlak Pamięci Żołnierzy Wyklętych, trzecim jest zorganizowanie Uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Wyklętych. Autorem wszystkich trzech jest 31-letni Karol Wołek.
„Dmowski mógłby zostać pokazany dynamicznie. Idąc, krocząc, obrazując dynamizm swej działalności i innowacyjności” – opisuje przyszły pomnik Wołek. W tym czasie jest nauczycielem historii i WOS-u w Gimnazjum nr 19 im. Józefa Czechowicza w Lublinie. Pnie się też po szczeblach Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, to organizacja kombatancka, zrzesza weteranów polskiego nacjonalistycznego podziemia z czasów II wojny. Powstała w 1990 roku. Ma oddziały w całej Polsce. Opiekuje się weteranami, organizuje rajdy, edukuje w duchu narodowym, wydaje publikacje o Wyklętych. Wołek jest tu najpierw skarbnikiem, a potem wiceprezesem.
Październik 2015. Umiera Zbigniew Kuciewicz. Kombatant, żołnierz NSZ-u, uczestnik powstania warszawskiego. I dotychczasowy prezes ZŻ NSZ. Na nowego prezesa kombatanckiego związku zostaje wybrany 35-letni Karol Wołek.
Tego października wybory wygrywa też Prawo i Sprawiedliwość.
Nowy prezes związku nie mógłby mieć większego szczęścia, otwierają się nowe możliwości. Wołek zgłasza się po dotacje, zapraszany jest na uroczystości, udziela wywiadów, przemawia. Najczęściej o tym samym: wychowywaniu młodego pokolenia, kształtowaniu młodzieży, wartościach, które należy jej przekazać, i wzorcach, które trzeba w sobie umacniać.
Październik 2017. Prezydent Andrzej Duda decyduje o przyznaniu Karolowi Wołkowi Srebrnego Krzyża Zasługi.
„Do lasu pana nie wywiozę” – Teczkę z papierami, z którymi powinien się pan zapoznać, zostawię do odbioru w sklepie spożywczym Pokusa w Lublinie. Miałem już nic nie mówić, ale nie zdzierżę – słyszę po kilku dniach ten sam męski głos w słuchawce.
Potem zmienia jednak zdanie.
– Chyba za duże ryzyko. Jeszcze mnie ktoś zobaczy, jak to zostawiam? Zróbmy inaczej. Proszę czekać na przystanku autobusowym o 16.45. Przyjadę autem – mówi. – I niech pan się nie martwi, do lasu przecież pana nie wywiozę – dodaje.
– Dopiero w tym momencie zacząłem się martwić – odpowiadam.
Przez chwilę słychać tylko szum.
– Co ja robię, no co ja, kurwa, robię? Z „Wyborczą”? – woła. I zaraz wzdycha. – Trudno. Są sprawy ważniejsze. Czołem! – rozłącza się.
Czekam w deszczu. Spóźnia się. Stare auto, trzeszczy w nitach, wyje.
– Ma pan całkiem sympatyczną twarz… – otwiera drzwi i przekrzykuje warkot silnika.
– Dziękuję…
– …jak na kogoś z „Wyborczej”! Dziwna sprawa, czuję do pana zaufanie, powiedziałbym, metafizyczne. Nawet moglibyśmy się zakumplować. Oczywiście gdybyśmy nie byli żołnierzami w przeciwnych okopach. Proszę – wręcza teczkę.
„...znęcał się psychicznie i fizycznie nad żoną. Wszczynał awantury, podczas których wyzywał ją słowami wulgarnymi, poniżał, szarpał, popychał, kopał po ciele, uderzał w twarz, w nocy nie dawał spać, ściągając kołdrę, i polewał zimną wodą, zabraniał kontaktu z rodziną...” – czytam.
To kserokopia aktu oskarżenia. Karola Wołka.
– Gnój. Widzi pan, jaki gnój? – auto pruje dalej przez miasto. – A to nie wszystko, to początek, zobaczy pan. Co zrobił ze Związkiem Żołnierzy NSZ? Prywatny folwark! Trzepie kasę na naszych weteranach, ciągnie na nich od państwa. A jak ostatnio jeden potrzebował pomocy, to się na niego wypiął. Ja to bym sprawdził te jego fundacyjki w KRS. Ależ, kurwa, jestem wściekły!
– To po co go wybraliście?
– Bo on nas oszukał. Nie wiedzieliśmy, zataił przed nami postępowanie. A potem powyrzucał ludzi, obstawił się kolegami. Niektórzy postraszyć potrafią, jak ten kafar z Poznania – „Globus”. Weteranów NSZ-u, starszych ludzi, którzy nigdy nie splamili honoru, nie szanuje. Któryś jest przeciwny, to wyzywa od komuchów i kabewiaków [Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – walczący z niepodległościowym podziemiem]. I kasę trzęsie, razem z matką.
– Z matką?
– Tak, bo on to wszystko robi razem z matką. Pan się przyjrzy. Więcej nie powiem.
– A dlaczego sami się nie przyjrzycie?
– Przyglądamy się, ale ręce mamy związane. Taki jest klimat, prezes dobrze dogaduje się, z kim trzeba. Nikt po naszej stronie tego nie opisze, na swojego nie doniesie. Tu się zatrzymam i pana wyrzucę, dobra?
– Może powie pan coś więcej?
– Nie mogę. Muszą być jakieś granice. Żebym wewnętrznie też czuł, że nie wszystko powiedziałem, jak kolaborant. Naprawdę mi z tym niedobrze. To nasze ostatnie spotkanie.
Dzikuś w zamrażalniku Lublin to narodowo-radykalna twierdza. Tu mieszka Marian Kowalski, były kandydat na prezydenta. Stąd pochodzi Artur Zawisza, jeden ze współtwórców Ruchu Narodowego.
Tu urodził się Mariusz Szczerski, wokalista zespołu Honor. Tu otworzył się pierwszy w Polsce nacjonalistyczny kebab – Prawdziwy Kebab u Prawdziwego Polaka. Tutaj rocznicę powstania świętuje też ONR.
Siedzibę ma Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych.
Chodzę po Lublinie, czytam akt oskarżenia, rozmawiam z ludźmi, którzy znają Wołka. Nikt nie zgadza się rozmawiać pod nazwiskiem.
– Ale dlaczego nie?
– Mowy nie ma. To mściwy człowiek. Odklejony całkiem. Całe jego zajęcie w życiu to sprzedawać ludziom wielkościowe bajki o sobie – słyszę od dawnego bliskiego znajomego.
– Co to znaczy? Kłamie?
– Ja bym tego nie nazwał kłamstwem. Ten stół jest brązowy, tak? A on się uprze, że czarny, uwierzy w to i będzie tego bronił. I nazwie idiotą każdego, kto zasugeruje co innego. A jak sobie coś wkręci, to jest nieobliczalny.
– W jaki sposób?
– Opowiem historię. Kilka lat temu wyjeżdżali z żoną do pracy na Wyspy i zwalniali mieszkanie. Ale mieli problem, co zrobić z królikiem, którego hodowali sobie od roku. Nazywał się, zdaje się, Dzikuś. Jego żona postanowiła oddać Dzikusia siostrze. Tylko że w nocy sprawą zajął się Karol.
Zasiekał go nożem myśliwskim, oskórował, a potem włożył do zamrażalnika. Tłumaczył, że chce zaoszczędzić siostrze kłopotu, a królik się przecież nie zmarnuje. Jego ojciec jest myśliwym i Karol też często nosi nóż myśliwski przy pasku. Ale, Chryste, ten królik miał imię.
Według aktu oskarżenia Wołek zaczyna się znęcać nad żoną po wyjeździe do Szkocji. Poznali się na studiach historycznych, ślub wzięli po obronie prac magisterskich i wyjechali.
Prezes Wołek jeździ tam na wózku widłowym. Złości się, że musi pracować fizycznie. Frustrację wyładowuje na żonie – najpierw popycha, krzyczy albo ignoruje. Gdy ona nie zgadza się z jego zdaniem lub gdy zachowuje się inaczej, niż on sobie życzy – karze ją. Na przykład brakiem snu. Przez całą noc – sam nie śpi, bo zarywa nocki na grach strategicznych – polewa ją zimną wodą.
Potem pojawiają się wyzwiska: idiotka, nierób, pasożyt.
Mówi: – Beze mnie nic nie znaczysz.
W Szkocji rodzi im się córka, ale teściowej, która chciałaby wnuczkę zobaczyć, zakazuje przyjeżdżać w odwiedziny. Żonie zabrania dzwonić do rodziców w jego obecności.
„Słuchaj mojej matki” Po powrocie do Polski kupują mieszkanie, którego współwłaścicielką ma być także matka Wołka.
Zbuntowany narodowiec z Lublina: – Są ze sobą bardzo zżyci. Na wyjazdach z weteranami do Holiszowa zawsze śpią razem w pokoju. W Polsce, w obecności matki, agresja narasta. „Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy. Inaczej będę cię traktował jak sukę” – oznajmia. Innym razem: „Mamusia jest chora psychicznie” (do córki), „A spierdalaj z tym dzieckiem”, „Pasożyty, jecie sobie na mieście, a mnie zostaje jakiś syf” (wyrzuca jedzenie dziecka do kosza).
„Patrz, mamo, zwierzęta mają przynajmniej instynkt. A ta?” – pyta matkę, pokazując swoją żonę palcem. Lubi taką zabawę: pstryka jej palcami po głowie tak długo, aż wyprowadzi z równowagi. Wrzeszczy, że nie uprasowała mu majtek.
Całą karierę Karola Wołka można by zmieścić w październikach i teraz też jest październik (26): on krzyczy i popycha, ona bierze córkę na ręce i próbuje uciec do innego pokoju. Wołek zagradza im drogę w korytarzu. Szarpie, uderza pięścią w twarz. Gdy ona się przewraca, kopie ją, leżącą na ziemi.
Ona ściska w tym czasie ich roczną córkę.
Obok, w kuchni, siedzi w milczeniu jego matka.
„Nie przesadzaj” – mówi, gdy słyszy płacz synowej.
Tego dnia żona decyduje się wyprowadzić do rodziców (on ma zdążyć jeszcze wypłacić z konta ich wspólne oszczędności, a także pieniądze z jej konta).
Obdukcja lekarska wykazuje ślady pobicia. Policjantka na komendzie nie chce jednak przyjąć zgłoszenia. Jedno przywalenie pięścią, proszę pani (macha ręką), jaka to przemoc, w każdej rodzinie się zdarza – od czasu do czasu. Zostaje przyjęte dopiero po interwencji prokuratora.
Sprawa za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad żoną (dziś już byłą) toczy się jednak przeciwko prezesowi Wołkowi od 2012 roku. W 2015 roku został już raz skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Wyrok został jednak uchylony, sąd wyższej instancji doszukał się uchybień formalnych. Sprawa ruszyła ponownie, prokuratura podtrzymuje zarzuty i toczy się do dzisiaj. – Pan Karol Wołek robi wszystko, co możliwe, by odwlec ogłoszenie wyroku – mówi Franciszek Piątkowski, pełnomocnik byłej żony prezesa Wołka.
To znaczy: zgłasza się z nowymi wnioskami dowodowymi, żąda powołania nowych biegłych.
Na kolejną rozprawę w sprawie znęcania się nad żoną Karol Wołek również przychodzi z matką. On spokojny, cichy, ale pewny siebie. Ona cicha, elegancka, chłodna.
Przed wejściem na salę dyskutują o „żołnierzach wyklętych”.
Sam, w euforii, przepytuje biegłego, a potem swoją matkę, wezwaną na świadka.
– Oglądałam telewizję z synem, gdy nagle synowa weszła do pokoju i kazała mi się wynosić z domu. Była agresywna – zeznaje matka.
Pełnomocnik poszkodowanej: – Ale czy to znaczy, że to pan bał się żony?
Cisza.
– Tak, bałem się – odpowiada Wołek, odwraca się w stronę publiczności i posyła jej szeroki uśmiech od ucha do ucha.
I tym razem rozprawa nie ma finału – oskarżony składa wniosek o przesłuchanie pracowników firmy, która sześć lat temu pomagała jego byłej żonie w przeprowadzce, czy pamiętają na jej twarzy siniaki.
Wzorce rodzinne „Czyny przodków dostarczają wzorców postępowań, na podstawie których każda wspólnota ludzka wychowuje kolejne pokolenia. W ten sposób następuje przekazanie wartości, wiary, kultury, wiedzy i tradycji między kolejnymi generacjami. Dla funkcjonowania państwa narodowego wychowywanie obywateli w jednym systemie wartości narodowych i obywatelskich jest warunkiem przetrwania (...). Celem naszego działania jest kształtowanie młodzieży, która jest białą kartą i nie jest »zarażona” sposobem myślenia okupanta komunistycznego. Czasem lubię powtarzać zdanie: »Wychowajmy dzieci komunistom«. (...) musimy być zorganizowani i połączeni wspólną tradycją państwową, która dostarcza jasnych i konkretnych wzorców zachowań patriotycznych i obywatelskich” – pisze Karol Wołek w artykule „Przywracanie pamięci narodowej” (kwartalnik „Myśl.pl”, nr 2/2017).
„Zarabiam 26 złotych brutto miesięcznie” – pisze też prezes Wołek w kolejnej sądowej sprawie, właśnie pozywa córkę o zmniejszenie alimentów z 400 do 100 złotych miesięcznie (dziś jest już siedmioletnia, sąd orzekł, że może się widywać z ojcem tylko w obecności matki).
Swoje 26-złotowe dochody dokumentuje PIT-em. Żali się, że ma kryzysową sytuację materialną, o wiele gorszą niż po rozwodzie.
„Wtedy – tłumaczy we wniosku – pracowałem w swoim zawodzie nauczyciela historii i wiedzy o społeczeństwie”. Tłumaczy, że stracił pracę, a szkoła jest na etapie likwidacji.
„W moim zawodzie jest obecnie bardzo trudno o znalezienie pracy ze względu na niż demograficzny. Placówki ze względu na reformę edukacji są likwidowane, a etaty ograniczane lub obcinane w taki sposób, żeby dotychczasowi nauczyciele dotrwali do emerytury, na ułamkach etatu”. „Żyję bardzo skromnie”.
Na Facebooku zamieszcza jednak zdjęcia za kierownicą całkiem nowej kii optima.
Dzwonię do Szkoły im. Czechowicza w Lublinie. – Pamiętam! Dobry nauczyciel, żeby wszyscy tacy byli. Dzieci go lubiły – mówi Beata Teter, wicedyrektorka szkoły.
– To dlaczego został zwolniony?
– Zwolniony? No skąd. Sam odszedł. Podobno miał bardzo dużo pracy w tej swojej fundacji.
Oprócz prezesowania Związkowi Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych Wołek kieruje dwiema fundacjami i jednym stowarzyszeniem.
Wszystkie trzy mają siedzibę w mieszkaniu jego matki. Skład zarządów fundacji jest skromny, ale stabilny – prezesem jest zawsze Karol Wołek, a wiceprezesem lub skarbnikiem jego matka Bożena.
Stronę internetową posiada jedynie Fundacja im. Kazimierza Wielkiego.
(„Nazwa nie jest przypadkowa, skrót FKW miał pasować do jego imienia i nazwiska” – tłumaczy zbuntowany narodowiec z Lublina).
Na stronie fundacja zachęca m.in. do przelewania 1 procentu z podatku, choć zgodnie z prawem nie może go pobierać (bo nie jest wpisana na listę organizacji pożytku publicznego). Trudno w pierwszej chwili zorientować się, że dane, które podaje fundacja, należą do innej organizacji Wołka – Stowarzyszenia im. Kazimierza Wielkiego (wpisane jako OPP).
Najmłodsza, Fundacja Amor Patriae, ma się z kolei zajmować krzewieniem wartości patriotycznych oraz handlem detalicznym.
Zakłada ją w maju 2016 roku. W prestiżowej lokalizacji Pałacu Parysów Wołek razem z Wojciechem Rowińskim (skarbnik ZŻ NSZ) prowadzą tu dzięki fundacji przez kilka miesięcy sklep z odzieżą patriotyczną.
– Pieniądze, które zarabiamy, wydajemy na pomoc kombatantom – zapowiada Wołek w lokalnej prasie niedługo po otwarciu. Jednak potem sklep się zwija. Szyld wisi do dziś, ale w środku pustki.
– Nie wynajmujemy już powierzchni Fundacji Amor Patriae – mówią mi w spółce Menora, która zarządza lokalami, związanej z Józefem Godlewskim, królem Herbapolu. Więcej nie chcą powiedzieć.
– Tak, prowadziłem tam z nim sklep. Z „Wyborczą” jednak nie rozmawiam – rozłącza się Rowiński. Fundacja Amor Patriae do tej pory nie złożyła sprawozdań finansowych w KRS i nie rozliczyła się z działalności.
Z Krajowego Rejestru Sądowego (oddział w Świdniku) wyciągam za to sprawozdania finansowe drugiej – Fundacji im. Kazimierza Wielkiego. Przychody dwuosobowej, rodzinnej fundacji, zarejestrowanej w prywatnym mieszkaniu matki, robią wrażenie.
W 2015 roku to 408 tysięcy złotych (316 tysięcy z darowizn, 90 tysięcy z dotacji). Zysk: 136 tysięcy. W roku 2016 – 358 tysięcy złotych przychodu i 185 tysięcy zysku. Fundacja zatrudnia tylko jedną osobę – matkę prezesa.
Wycieczka za 45 tysięcy Przykładowy program dnia: godzina 5.30 zaprawa, 6.15 kąpiel, 6.30 śniadanie, 7.45 apel i modlitwa NSZ. Od godziny 8 – postawy strzeleckie, ogień, manewry i wynoszenie z pola walki. Od 14 – noże i broń krótka. O 20 czyszczenie broni, 21.30 modlitwa NSZ. 21.45 – capstrzyk.
Na taki 10-dniowy obóz szkoleniowy dla młodzieży, organizowany w 2017 roku przez Związek Żołnierzy NSZ, Karol Wołek dostał z Ministerstwa Obrony Narodowej dotację 49 tysięcy złotych. To nie zaskoczenie, bo państwowe pieniądze płyną szeroko na wszystko, co ma związek z „żołnierzami wyklętymi”. Haczyk jest gdzie indziej.
– Więc to jest tak: w sprawie dotacji prezes idzie do urzędów jako prezes Związku Żołnierzy NSZ. To poważna, uznana w środowisku narodowym organizacja kombatancka, opiekuje się weteranami. Ale umowy na dotacje projektów podpisuje jednak na swoją prywatną fundację, którą prowadzi razem z matką. Związek, którego prezesurę wykorzystuje, nic z tego nie ma – opowiada bliski współpracownik Wołka.
– Człowiekowi honoru nie przystoi zarabiać na dwóch rzeczach – komentuje z kolei zbuntowany narodowiec z Lublina, kiedy zdzwaniamy się kolejnego wieczoru. – Na kurewstwie nie wolno zarabiać, tak uważam, i na patriotyzmie też. Kurde, a tu wszyscy już wiedzą, że się pan zajmuje tematem. Nerwowa atmosfera. I rozglądanie się, który to dał cynk.
– A myślałem, że macie dość prezesa.
– Jasne, ale tego, kto wam doniósł, nikt szanować nie będzie.
Przeglądam faktury, umowy, wnioski.
W ciągu dwóch lat rządów PiS tylko z Urzędu ds. Kombatantów na Fundację im. Kazimierza Wielkiego Wołek dostał ponad 100 tysięcy złotych (w 2015 – 55 tysięcy, w 2016 – 39 tysięcy, w 2017 – 33 tysiące). Tyle miały kosztować m.in. rajdy piesze dla młodzieży i szkolne konkursy literackie (to statutowe zadania Związku Żołnierzy NSZ, którego jest prezesem, tymczasem Związek dostaje równe zero). Ponad 500 tysięcy złotych dotuje fundację Wołka Ministerstwo Obrony Narodowej.
Na przykład – autokarowa wycieczka w 70. rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Holiszowie przez Brygadę Świętokrzyską NSZ (wystąpienie z pocztem sztandarowym, spotkanie z władzami, położenie wiązanek i zapalenie zniczy) ma kosztować 45 tysięcy złotych. Nocleg i wyżywienie było we własnym zakresie weteranów. Co kosztowało tak dużo?
„Wydrukowaliśmy 20 tysięcy kolorowych ulotek w języku czeskim i angielskim o wyzwoleniu obozu” – pisze Wołek w rozliczeniu dotacji z Urzędem ds. Kombatantów (choć w uroczystościach brało udział kilkudziesięciu weteranów, kilku przedstawicieli miejscowych władz).
10 tysięcy złotych Wołek liczy za „promocję za pośrednictwem relacji prasowych, zdjęciowych, filmowych z przebiegu uroczystości”.
20 tysięcy złotych to koszt reprezentacji, przemarszu, wyposażenia, umundurowania Grup Rekonstrukcji Historycznej NSZ i pocztów sztandarowych” (choć to wolontariusze).
Rok później po pieniądze na wyjazd do Holiszowa Wołek zgłasza się do ministra obrony narodowej. Tym razem koszt autokarowej wycieczki ma wynieść już 122 tysiące złotych (prosi o 109 600 dotacji).
Rajd Pieszy im. Wincentego Sowy ps. „Vis” (dla młodzieży, po lasach wokół Janowa Lubelskiego) ma kosztować prawie 30 tysięcy złotych (MON daje 19 tysięcy).
Fundacja dostaje też na wydawnictwa i konkursy (Ogólnopolski Konkurs o Żołnie-rzach Wyklętych, „Przesłanie informacji o konkursie do mediów” – koszt 10 tysięcy złotych). Wołek zgłasza się także do MON-u po 300 tysięcy złotych na film – tytuł: „Dzik z NSZ”.
Kapujesz już? – pyta bliski współpracownik Wołka. – To dlatego tak wkurzył ludzi w środowisku. Przemoc domowa i alimenty to jedno. Chodzi o to, że pieniądze przeznaczone na cały Związek Żołnierzy NSZ i jego cele, ze wszystkimi regionami, poszły sobie teraz bokiem prosto do Wołka.
Srebrny Krzyż samozasługi Na wręczenie Krzyża Zasługi (12 grudnia) prezes Wołek wkłada czerwony krawat w paski. Ze wzruszenia szklą mu się oczy. W imieniu prezydenta odznaczenie przypina mu wojewoda lubelski Przemysław Czarnek.
To sympatyk narodowców, desant PiS-u na urząd wojewódzki w Lublinie – wcześniej był prawnikiem w biurze poselskim posła PiS z Zamościa Sławomira Zawiślaka.
Gdy o odznaczenie pytam w Kancelarii Prezydenta, odpowiadają, że Srebrny Krzyż Zasługi dla Wołka to właśnie inicjatywa i pomysł wojewody Czarnka.
Wojewoda jednak zaprzecza. Tylko formalnie opiniował, że tak, owszem, prezes Wołek „wykazuje się znaczącym zaangażowaniem zarówno w pracy zawodowej, jak ofiarnej działalności publicznej”.
– Czyli kto go zgłosił do orderu?
„Inicjatorem uhonorowania Karola Wołka był poseł na Sejm RP prof. dr hab. Jacek Kurzępa, który skierował wystąpienie w tej sprawie do Kancelarii Prezydenta RP” – odpisuje wojewoda palcami rzecznika Radosława Brzózki.
Jacek Kurzępa to poseł PiS-u z lubuskiego. Dzwonię.
– Order dla kogo? Z Lublina? – pyta poseł. – Grzechu... – mówi do mnie, choć pierwszy raz w życiu z nim rozmawiam. –...To jakaś pomyłka. Nie znam w ogóle takiego człowieka.
– Nie prosił pan o jego odznaczenie?
– A w życiu. Grześku, przecież ja jestem z województwa lubuskiego, a nie lubelskiego. Więc ktoś tu się pomylił. Do widzenia – mówi.
Dzwonię kilka dni później, zaopatrzony w dowody.
– Przecież pisał pan: „Pragnę zaproponować do uhonorowania…” i tak dalej. „Każda z wymienionych osób przyłożyła zasługi dla państwa i obywateli spełniając czyny przekraczające zakres ich zwykłych obowiązków. Ponadto było to związanie z ich niezwykłą ofiarnością na forum publicznym. W oczekiwaniu na pozytywne rozstrzygnięcie”. I pański podpis.
– Grzechu, zgłupiałem, naprawdę. Musiałbym sprawdzić.
– Ależ Jacusiu – mówię, bo zirytowała mnie ta familiarność – Kancelaria sfałszowała podpis?
– Powiem szczerze. Czasem podpisuje się wnioski o odznaczenia, chociaż człowieka się nie zna. Nie sprawdzam, ufam kolegom.
– Ale Wołka to chyba pan zna? Wystąpił pan z nim podczas sejmowej konferencji dotyczącej „żołnierzy wyklętych”.
– Teraz sobie przypominam. Muszę to jeszcze sprawdzić.
Kilka dni i kolejny telefon później poseł w mailu pisze wyjaśnienia:
„W roku ubiegłym przygotowując się do obchodów Dnia Żołnierzy Niezłomnych i corocznym spotkaniu 1 marca w Sali Kolumnowej Sejmu, intencją naszą, grupy posłów (których ja reprezentowałem) jako główny organizator, powieliliśmy intencję podziękowania poprzez rekomendacje o odznaczenia państwowe grupy społeczników, ludzi dobrej woli (…). Wśród wielu podanych na liście zaproponowanej znalazł się Pan Karol Wołek”.
Poseł przyznaje, że „nie uwzględnił konieczności dokonania rozpoznania, czy jakieś kompromitujące fakty nie uchylają zasadności rekomendacji”.
W Lublinie mówi się za to, że Karol Wołek sam sobie ten krzyż załatwił:
– Jak to załatwił?
– Normalnie – tłumaczy mi zbuntowany narodowiec. – Zwrócił się do posłów, w imieniu całego związku, z prośbą o przyznanie krzyża zasłużonemu, czyli dla siebie. Wojewoda klepnął, no i jest. Ale słyszałem, że wojewoda poprosił ostatnio, żeby go na uroczystościach więcej z prezesem Wołkiem nie fotografować. Więc się chyba w końcu na prezesa wkurzył. U nas też się ruszyło. Kilka osób ze środowiska podobno pracuje nad listem protestacyjnym w sprawie prezesa. Będzie rozsyłany do kogo trzeba. Ale to potrwa. Na razie nie mogą dojść do porozumienia, co powinno się w takim liście znaleźć.
Doszli. Wysłali listy do MON-u, IPN-u i Urzędu ds. Kombatantów. Jeden jest o fundacji Wołka, która „podszywa się pod związek”, drugi o sprawie karnej i alimentacyjnej.
„(...) Utracił moralne prawo do reprezentowania środowiska żołnierzy i spadkobierców NSZ (...) nie jest godzien prezesury ZŻ NSZ (...) powinien złożyć urząd albo zostać odwołany (...) objęty infamią (...) zostać potraktowany tak, jak na to zasłużył”. Oświadczenie podpisali m.in. Artur Zawisza (były poseł) i Andrzej Turkowski (były dyrektor Agencji Filmowej TVP).
Prezes Karol Wołek odmówił rozmowy i odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.
Niektóre dane moich rozmówców ze względu na ich prośbę zostały zmienione
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23296034,narodowcy-donosza-na-prezesa-do-wyborczej-smiertelny-wrog.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.11.10 19:37 SoleWanderer Polski proboszcz marzy o teokracji

http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22625458,norman-daies-polski-proboszcz-marzy-o-teokracji.html
Prof. Norman Davies – ur. w 1939 r., wybitny historyk brytyjski i polski. Jako jeden z pierwszych badaczy zachodnich studiował w Polsce i pisał o historii Polski. Wydał m.in. książki: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Europa. Rozprawa historyka z historią”, „Mikrokosmos” (historia Wrocławia), „Powstanie ’44” (historia powstania warszawskiego), „Szlak nadziei” (o armii Andersa). Właśnie opublikował u nas książkę „Na krańce świata” (z podróży dookoła globu). Jest obywatelem brytyjskim i polskim, kawalerem Orderu Orła Białego
Maciej Stasiński: Pańska ostatnia książka „Na krańce świata” sprawia wrażenie summy pana wiedzy i doświadczeń. Ma się wrażenie, że wychodząc od nich, chciał pan opisać historię świata, jadąc dookoła niego.
Prof. Norman Davies: Bo ja wiem, czy summa? Raczej nowy początek. To próba obserwacji nowych krajów, każdy z nich był dla mnie nieznany. Chciałem sprawdzić, czy mam anteny do odbioru dziejów tych krajów. Cytuję tam poemat Tennysona o ostatniej podróży Odysa. Coś w tym jest. Może to taka ostatnia przygoda?
W końcu ja przez pół wieku pisałem o Europie. Byłem chyba pionierem pisania o tej drugiej Europie, po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. To była moja misja życiowa. Tym razem chciałem od Europy i europejskich spraw odpocząć. Ta podróż i książka są ćwiczeniem z uczenia się i odkrywania. Przy tym użyłem zgromadzonej wiedzy historycznej do zrozumienia nowych krajów i tematów, często dla nas wręcz egzotycznych. Mam nadzieję, że dla czytelników to będzie otwarcie innej perspektywy. Wie pan, jak się siedzi na Tahiti, to Europa leży bardzo daleko i jest strasznie mało znacząca.
Byłem dopiero co na spotkaniu z czytelnikami we wspaniałym Kutnie, tematem była poprzednia moja książka, o armii Andersa. Spytali mnie: „O czym pan teraz pisze?”. Mówię, że o mojej podróży dookoła świata i że nie będzie tam nic o Polsce. Dostałem brawa. To ciekawe, bo ja akurat uważam, że Polacy za dużo myślą o sobie i o swojej historii. Ja sam też czułem potrzebę oderwania się od niej. Nie było to celem mojej podróży, ale taką rolę ona odegrała.
W książce burzy pan wyobrażenia o imperializmie Europejczyków i potoczny w wielu krajach ogląd dziejów z punktu widzenia ofiary europejskiego czy amerykańskiego imperializmu. Pokazuje pan, że imperializmów było wiele i że podbój, zniewolenie, panowanie nad innym narodami zostały najpierw wypróbowane w samej Europie. Ale także, że te pozaeuropejskie światy wcale nie były wcześniej oazami pokoju i wolności. Panowały w nich te same mechanizmy podboju, niewolenia i wyzysku.
– Tak jest. To jest moja teza. Oczywiście, że Europejczycy padali ofiarą swoich imperializmów. Na Wyspach Brytyjskich kolejno Kornwalijczycy, Irlandczycy czy Szkoci byli ofiarami imperializmu angielskiego.
W czasie podróży dookoła świata powtarzałem te tezy na wykładach. Nie bito mi jednak mocnych braw. Grzecznie słuchano, ale nie było to tak dobrze przyjmowane, jak się spodziewałem. W Malezji młoda pani krzyczała na mnie, że bronię imperializmu europejskiego, a w Nowej Zelandii – wręcz przeciwnie – zaatakował mnie ktoś, twierdząc, że kwestionuję osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Dobrze, że poruszyłem ten temat, ale nie trafiłem do publiczności, tak jak chciałem.
Czy więcej się pan w tej podróży nauczył nowych rzeczy, czy raczej pańska wiedza i erudycja się potwierdziły? A może zostały zanegowane?
– Myślałem, że jestem w pewnym stopniu erudytą, a okazało się, że mało wiem. Dowiadywałem się niebywałych rzeczy. Trochę wiedziałem o historii języków, zwłaszcza europejskich. Sir William Jones, też Walijczyk, jak ja, który był sędzią w Kalkucie w XVIII wieku, znał walijski, angielski, grekę i łacinę, a pracując w Bengalu, zaczął się uczyć bengalskiego. To on odkrył pokrewieństwo języków hindi i sanskrytu, z językami europejskimi. Od niego zaczęło się badanie języków indoeuropejskich. A na plaży w Polinezji dowiedziałem się, że jest wielka rodzina języków austronezyjskich, jest ich 3 tys. Mówią nimi mieszkańcy wysp rozproszonych od Madagaskaru po pacyficzną Polinezję. Odkryto ich wspólne korzenie w drugiej połowie XX wieku. To tylko jeden przykład mojej oszałamiającej niewiedzy.
Gdzie indziej moja wiedza się potwierdziła. W Azerbejdżanie przekonałem się, że 2 tys. lat temu nie było ani Azerbejdżanu, ani Azerów. Nie było też, rzecz jasna, islamu ani muzułmanów. Była za to Albania Kaukaska – wschodni limes imperium rzymskiego. Jest tam wyryta w kamieniu inskrypcja Rzymianina, który tam dotarł w II wieku. Zresztą wtedy nie było też na Wyspach żadnych Anglików, byli jacyś Walijczycy, Celtowie. To mnie utwierdziło w opinii, że koncepcja tzw. rdzennych ziem jest nowożytną fikcją i fałszem naszej epoki.
Kiedy w latach 60. przyjechałem do Polski, oficjalna polityka historyczna PRL-u była taka, że Polska wróciła na swoje odwieczne, rdzenne ziemie słowiańskie i polskie. To oczywiście w odniesieniu do tzw. ziem odzyskanych miało ostrze antyniemieckie. O Celtach nikt wtedy nie mówił.
Ambasadorem USA w Warszawie był wówczas Richard Davies, nazywał się tak jak mój ojciec i był walijskojęzycznym Amerykaninem, fanatykiem archeologii celtyckiej. Zaprzyjaźniłem się z nim i on zabierał mnie na wycieczki po Polsce. Kiedyś przyszedł urzędnik z MSZ i pyta: „No, panie ambasadorze, dokąd dzisiaj pojedziemy?”.
A Davies na to: „Zobaczymy kamienne kręgi celtyckie na Dolnym Śląsku”. Ten gość z MSZ mówi: „Co? Nie ma niczego takiego”. „Ależ są” – mówił ambasador. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że ideologicznie można przerabiać nawet prehistorię.
I to jest jeden z tematów mojej książki. Miałem z moim londyńskim wydawcą różnicę zdań o tytuł. On chciał dać „Native Lands”. A ja się uparłem, że nie, bo nie ma czegoś takiego jak rdzenne ziemie. To fikcja. Każdy naród ma skłonność do twierdzenia, że tu mieszkał i panował od zawsze, że to jego odwieczne siedziby, a reszta to obcy, więc won! Ta wiedza mi bardzo pomogła, byłem dobrze przygotowany.
Ten powrót do rdzenności, nacjonalizmu, swojskości czy „naszości” widać wszędzie w Europie. A przecież po II wojnie światowej właśnie świadomość, że nacjonalizmy i totalitaryzmy wpędziły Europę w dwie wojny ludobójcze i że trzeba przekroczyć ramy narodowe i budować wspólnotę europejską, stała się ogromnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Dlaczego Europa się kruszy?
– Nie mam wątpliwości, że to reakcja obronna na globalizację. Sporo ludzi woli wrócić do swoich małych ojczyzn i wspólnot. To strach przed utratą tożsamości, poczucia bezpieczeństwa. W każdym takim ruchu kryje się nostalgia za utraconym czasem czy rajem. Ale to wszędzie mity i fantazje.
W Polsce ideologię Blut und Boden [krew i ziemia], niemiecką przecież, przejęli narodowa demokracja i Roman Dmowski. Piłsudski i sanacja przez 20 lat walczyli przeciw tej ideologii. Polska przedwojenna była przecież wielonarodowa i wielowyznaniowa.
Poza Polakami mieszkali tu Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Litwini. Armia Andersa była odzwierciedleniem tamtej Polski. Po wojnie ideologię nacjonalistyczną przejęli polscy komuniści. Zresztą Stalin też to zrobił i był wielkorosyjskim nacjonalistą, nie bronił Gruzinów i innych narodów, przeciwnie. I ten rosyjski nacjonalizm najlepiej trzyma się dziś właśnie w Rosji Putina. Twierdzi on, że Krym to odwieczna rosyjska ziemia. Nonsens. W Wielkiej Brytanii brexit to także odruch angielskiego nacjonalizmu, który twierdzi, że ktoś Anglikom odbiera ich pewność siebie, pozycję na Wyspach, jacyś Szkoci, Europejczycy.
W Polsce PiS przejawia oczywistą nostalgię za PRL-em. Ci ludzie mówią, że są bardzo antykomunistyczni, ale w gruncie rzeczy chcą mieć swój PRL, swoje politbiuro oraz partię rządzącą kontrolującą całe państwo. Ma być silna władza, porządek, można znowu pluć na Niemców. Przecież „Rota” tak każe: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Kaczyński w butach Gomułki.
Kaczyński przez 25 lat zbierał żywioły rozczarowanych ustrojem liberalnym. Wie, że tylko Polską opanowaną przez takie żywioły może rządzić, bo inna go wypluje. Ale dlaczego ta nacjonalistyczna matryca jest wśród ludzi tak żywa, że idzie za nią jedna trzecia dorosłych Polaków?
– M.in. dlatego, że popiera ją Kościół katolicki. Zgadza się, że Kaczyński zbierał tych wszystkich nieszczęśliwych, ale przecież najbardziej nieszczęśliwy był i jest kler albo jego większość. W Krakowie słyszałem przerażające kazania: „Żyjemy w bezbożnych czasach, liberałowie są jak komuniści, niszczą naród”, i inne takie absurdy. Lenin to liberał!? Stalin liberalniejszy?! Wierni cały czas łykają taką truciznę. Przegapiliśmy te zjawiska.
W czasach „Solidarności” Kościół czekał na nadejście teokracji. Wierzył, że jak upadnie komunizm, to on wkroczy do swojego królestwa, gdzie proboszcz będzie pił herbatę z sekretarzem czy ministrem, a państwo będzie za pan brat z Kościołem. Zamiast tego dostał państwo świeckie, przynajmniej formalnie, potem prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. I przyszła bezbożna Unia Europejska – wbrew nadziejom Kościoła na teokrację.
Ale papież Jan Paweł II miał w tej sprawie całkiem inne zdanie. – Jasne, ale on hamował polski Kościół tylko tak długo, jak mógł, czyli dopóki żył. A kiedy odszedł, od razu odezwała się cała ta reakcyjna ideologia. I PiS krzyczał, że robi politykę zgodną z naukami papieża. To nonsens.
Znak, w którym od zawsze wydaję swoje książki, „Tygodnik Powszechny” – to jest ten Kościół liberalny i otwarty, który został potępiony. Przecież papież Franciszek też jest potępiany w Polsce. Jakby katolicyzm nie był ze swej istoty uniwersalny, czyli powszechny, tylko narodowy!
A dlaczego idą za tym młodzi ludzie?
– Kościół ma duże wpływy także wśród młodych. W szkołach jest mnóstwo lekcji religii. Kościół podsyca nastrój, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, poczucie zagrożenia ze strony obcych. Młodzież ma wybór: wyjechać lub posłusznie zostać. Chyba wyjeżdżają ci odważniejsi i lepiej wykształceni, a zostają ci bojaźliwi. W Wielkiej Brytanii mam kontakty z młodymi Polakami, którzy wcale nie chcą wracać do Polski, bo im się ta atmosfera nie podoba. Zaczepiła mnie niedawno w autobusie młoda Polka, która mnie poznała. Zaprosiliśmy ją. Przyszła ze swoim partnerem, Ugandyjczykiem. Opowiadała, że nie może wrócić z nim do Polski.
Polska po wojnie została sztucznie wyprana z etnicznego bogactwa nie przez swą decyzję, tylko przez historyczny los. Przed wojną Polacy byli w Polsce większością, ale każdy miał sąsiada – jak nie Żyda, to Niemca, jak nie Ukraińca, to Białorusina.
Po wojnie młodzi Polacy nie nauczyli się, co to jest współżycie wielu kultur, wyznań, ras. Mój syn Christian jest w Polsce i lubi tu być, ale to jedno uważa za dziwne. On się wychował w warunkach, w których pluralizm rasowy i wyznaniowy jest normą. Tak samo jest we Francji czy Niemczech. Młodzi Polacy rzadko to znają, nie mają takich kolegów w szkole czy na osiedlu. W 5--tysięcznym Kutnie jest pewnie bardzo mało obcokrajowców. Dla młodych Polaków oni są obcy, groźni. Na takiej glebie kwitnie ideologia PiS-u.
Rodzina mojej żony pochodzi ze Lwowa, po wojnie „przesiedlonego” na zachód. O Wrocławiu, w którym osiedliło się wielu Kresowiaków, napisałem książkę. Ci ludzie przeszli w czasie wojny i po wojnie prawdziwą „pralkę”, wymieszanie ziem i ludzi: Lwów i Wilno, Wrocław czy Szczecin. Co Szczecin miał wspólnego z Polską? I gdzieś kryje się strach, że to wszystko może zostać odebrane i trzeba bronić języka, ziemi, Kościoła.
Ale skąd u młodych kult tych prostych anachronicznych prawd: Bóg, Honor, Ojczyzna, powstanie, „żołnierze wyklęci” itd.? Przecież to mity i wiek XIX.
– Wie pan, niektóre prymitywne ludy wyspiarskie na Pacyfiku po zetknięciu się z przybyszami z Europy popadają w tzw. kulty cargo, wierzenia w nadejście nowego porządku. Gdzieś czczą Nixona, gdzie indziej w Afryce kapłan przekonuje ludność do masowego uboju bydła, po którym nastanie szczęśliwość itp. Taka wiara w nowy początek występuje też gdzie indziej. Brexitowcy w Wielkiej Brytanii wierzą, że kiedy Wielka Brytania odejdzie z Europy, to się odrodzi.
Czasem jesteśmy bezradni wobec tego, co się dzieje. Jak wytłumaczyć Donalda Trumpa? Wiadomo, że takie typy istnieją, ale żeby ktoś taki wygrał wybory i został prezydentem pierwszego państwa wolnego świata!? To dla nas za dużo. Brak nam zasobów intelektualnych, żeby to zrozumieć. Dlatego sięgamy do antropologii, do kuriozów psychologii zbiorowej, żeby pojąć takie zjawisko.
Czy Kaczyński wiedział więcej? To raczej instynkt. On wyczuł, że jest jakaś społeczna nisza, i wszedł w nią.
11 listopada to rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Za rok setna. Mam poczucie wielkiego fałszu, kiedy celebruje się tę datę dzisiaj, w sytuacji gdy wielbiące ją władze wyprowadzają Polskę z Europy na jakieś dzikie pola. Polska w Europie albo nigdzie, tak myślę. Co pana zdaniem dla Polaków powinna oznaczać ta rocznica?
– Ja obchodziłem ją przez wiele lat, kiedy w Polsce była zakazana. Wykładałem o niepodległości Polski raz do roku od Chicago po Adelajdę i w całej Wielkiej Brytanii. To było potrzebne, bo wtedy w Polsce były tylko 1 Maja i rocznica rewolucji październikowej. Dziś niepodległość jest, ale kontekst się zmienia. Narodziny państwa polskiego są ważne, ale trzeba pamiętać, jak krótko ono trwało. Nie tylko to, jak się zaczęło, ale też to, jak się skończyło zaledwie 21 lat później.
Nie ma co zbyt mocno trąbić o niepodległości, suwerenności i prawie do samostanowienia, jak często wielu robiło w Europie. Bezmyślne mówienie wciąż o sobie do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma co uderzać w tony triumfalne. Historia II Rzeczypospolitej była tragiczna. Niekoniecznie z winy Polaków, ale też nie bez niej. Polska niepodległa nie była bez skazy. Trzeba mówić o rocznicy niepodległości, ale chodzi o ton i dobry gust. Należy zawsze pamiętać o ciemnych stronach.
Zwłaszcza dziś ten triumfalizm jest bez sensu. Polska stała się niemal czarnym ludem w Europie.
– To może przesada, choć w tym kierunku zmierzają zdarzenia. Możliwe jednak, że rząd PiS-u nie potrwa długo albo będzie się zmieniał. Historia jest pełna niespodzianek. Opowiadanie o mocarstwowości Polski to oznaka słabości. Mówi pan: Polska samotna, w Europie albo nigdzie. Gdzieś będzie. Tylko gdzie?
Mówię o Polsce z pewnym skrępowaniem, bo mój pierwszy kraj zaraz może być wyspą dryfującą po oceanie. Wielka Brytania jest może nawet bardziej podzielona niż Polska, nie tylko między rząd i opozycję, skłócona jest też partia rządząca. Premier May jest niewolnicą tych podziałów.
Rząd próbuje przeprowadzić brexit bez parlamentu, ale to wbrew tradycji brytyjskiej. Parlament jest ostatnią suwerenną instancją. Rząd próbuje też rządzić bez konsultacji ze Szkocją, Walią i Irlandią Płn. Jeśli do brexitu dojdzie, pewne jest nowe referendum w Szkocji, nastąpi separacja i koniec Zjednoczonego Królestwa. Ten rozpad zaczął się w 1922 r., kiedy oddzieliła się Republika Irlandzka. Potem II wojna kraj zjednoczyła, ale po wojnie siły odśrodkowe narastały.
Może jednak do brexitu nie dojdzie, może w ostatniej chwili w obliczu katastrofy nastąpi bunt i parlament to zatrzyma. Ale brexit i rozpad Zjednoczonego Królestwa nadal są możliwe. Wtedy będzie trzęsienie ziemi. I skutki odczują wszyscy. Jak odpadnie taki płatnik do budżetu Unii, to poczują to ci, którzy biorą więcej. Zjednoczone Królestwo może się stać zaginionym królestwem, napisałem o takich książkę. Unia też może się takim stać. Może nawet trwa wyścig, kto pierwszy zniknie. To wszystko jest groźne, ale nie wiemy, czy śmiertelne. Stary historyk wie, że nic nie jest wieczne. Nawet Związek Sowiecki wyglądał mocno dzień przed śmiercią.
Polski rząd niszczy Muzeum II Wojny, którego kolegium programowemu pan przewodził.
– Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy przez osiem lat. Świetna załoga, doskonały dyrektor. Pokazaliśmy znakomitą panoramę II wojny. Nie brak mocnych akcentów polskich, ale przecież to była wojna światowa, a nie wojna Polski przeciw reszcie świata. Trzeba pokazywać bohaterstwo, ale też jego brak. Równowaga na wystawie jest dobrze zachowana. Jednak dla ludzi, którzy chcą mówić tylko o Polsce, to oczywiście nie jest dobra wystawa.
Rząd nie znosi głównego przesłania wystawy, antywojennego i antynacjonalistycznego.
– Chcą wystawy ideologicznej i selektywnej dla posłusznej publiczności. Ale ekspozycja jest ogromna. Nie wiem, czy dadzą radę ją zmienić krok po kroku, jak próbują. Na razie nie podburzają przeciw niej gniewu ludu, jak bywało w PRL-u. Wierzę, że Polacy to buntownicy i tolerują takie rzeczy tylko do czasu.
Czy obecna recydywa nacjonalizmu w Europie i Polsce to ostatnie podrygi anachronicznej XIX-wiecznej wsobnej ideologii, czy raczej fala reakcji, która na długo pogrąży nas w smucie?
– Jestem zdania, że niestety raczej to drugie. To wygląda na bardzo głęboką reakcję na zmiany w świecie. Na utratę poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, pewności. Europa miała wojnę co pokolenie. Teraz ma najdłuższy od XIX wieku okres pokoju. Panuje jakiś dyskomfort, „ból” pokoju. Nagromadzenie złych emocji nie wiadomo skąd. Kiedy jest bezrobocie i nędza, to zawsze rodzą się skutki polityczne. Ale tym razem tego nie ma. Zwłaszcza w Polsce. Ta nowa choroba powstała, kiedy wszystko szło raczej dobrze. Przecież tych zjawisk nie było w latach 90. XX wieku, kiedy nastąpiła całkowita zmiana ustroju. Wtedy wszystko obyło się bez wstrząsów. To, co się dzieje, jest nieracjonalne i nie tak oczywiste, jak wcześniej bywało.
Jako prekursor piśmiennictwa historycznego sklejającego dzieje Europy, do niedawna podzielonej wedle pańskiego bon motu „East the beast, West the best”, ma pan poczucie spełnionej misji?
– To niekończące się zadanie, ale, owszem, mam poczucie, że moja praca dała efekty. Piszę o Europie od 50 lat i widzę, że nawiązania do moich książek, cytaty z nich są liczne, żywe i aktualne. Wywarły wpływ na myślenie o Europie. Historia kontynentu na Zachodzie przed publikacją w 1996 r. mojej „Historii Europy” w Oxford University Press wyglądała zupełnie inaczej. Ona nadal się sprzedaje i się nie starzeje.
Ale nie mogę iść spać. Stereotypy o Europie Wschodniej mają długie nogi i wracają wciąż w nowych formach. Nie chodzi tylko o relacje Wschód – Zachód, ale także Północ – Południe. W ogóle chodzi o włączanie wszystkich wątków i obszarów, o historię inkluzywną, a nie selektywną. Nie można wybierać krajów wygodnych czy pasujących do tez jak wisienek. Historyka obowiązuje ogarnianie całości. To ideał, jednak trzeba go ścigać.
Ma pan satysfakcję, że pana szkoła trwa? Młodsi od pana poszli w pana ślady i uczyli się języków, żeby sięgać do źródeł i pisać o Europie Wschodniej: Timothy Garton Ash, Tony Judt, Timothy Snyder, wcześniej Daniel Beauvois.
– Oczywiście. Byłem egzaminatorem na obronie świetnego doktoratu Timothy’ego Snydera. Beauvois i ja jesteśmy nestorami tej szkoły. Ale mam kolegów i kontynuatorów. To mnie cieszy.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.12.12 19:13 ben13022 Co czytają dzieci w szkole? Lektury obowiązkowe na świecie.

Umrzemy pod Moskwą
Ciekawsze od tego, co się znalazło na liście lektur, którą program narzuca uczniom starszych klas 11-letniej rosyjskiej szkoły średniej, jest to, czego na niej nie ma.
A nie ma ani jednej lektury, poza zdawkowym wspomnieniem na jednej lekcji o twórczości prowokatora i fantasty Wiktora Pielewina (i to tej najwcześniejszej, z przełomu lat 80. i 90.), która miałaby związek ze współczesną ojczyzną uczniów – liczącą sobie już 25 lat Federacją Rosyjską.
Młodzi Rosjanie nie dowiadują się o istnieniu dokumentującej pogardę reżimu dla człowieka reporterki noblistki Swietłany Aleksijewicz, obdarzonej społecznym słuchem Ludmiły Ulickiej, brawurowego obrazoburcy Władimira Sorokina, prześmiewczego Dmitrija Bykowa, mistrza gorzkiej groteski Wiktora Jerofiejewa, błyskotliwego autora kryminałów z podtekstem Borysa Akunina czy szczerego nacbolszewika Zachara Prilepina, a więc pisarzy, którzy dla świata są dziś twarzami współczesnej literatury rosyjskiej. Wszyscy oni (poza Prilepinem) są zdecydowanymi krytykami Putina i jego porządków.
Jest gorzej niż za cara. Książki Lwa Tołstoja, choć wojował z Cerkwią i zadzierał z samodzierżawiem, na liście szkolnych lektur za życia pisarza były.
Dziś w szkole nie przerabia się niczego, co dotyczyłoby otaczającej dzieci rzeczywistości, mówiłoby o nękających je problemach. Może to jedna z przyczyn tego, że Rosja ma najwyższy w świecie współczynnik samobójstw wśród nieletnich. Najnowszą pozycją literatury zagranicznej jest 53-letni łobuziak „Emil ze Smalandii”.
Praktycznie cały kanon szkolnych lektur – było nie było – wielonarodowej i wielowyznaniowej Federacji Rosyjskiej koncentruje się na „ruskim mirze”, czyli świecie słowiańsko-prawosławnym. Tylko w szóstej klasie uczniowie przerabiają prastary kaukaski epos „Jak Badynoko zwyciężył jednookiego olbrzyma”, odległy o lata świetlne od problemów dzisiejszego muzułmańskiego Kaukazu. Nie trzeba by sięgać do „obcych”, różnorodność ich kraju pokazałby choćby „Hadżi Murat” Lwa Tołstoja – ale jego w szkole nie przerabiają, bo do podsuwanego przez telewizor obrazu dwóch ostatnich wojen czeczeńskich nie pasuje.
Na lekcjach literatury w islamskich Czeczenii i Tatarstanie czy buddyjskiej Kałmucji sporo za to się mówi o tradycjach prawosławnych. Uczniowie szóstej klasy w całym kraju uczą się „koladek”, odpowiedników naszych kolęd, czy przyśpiewek na „maślenicę”, prawosławnych ostatków.
Z drugiej strony listę lektur tworzą dzieła twórców XIX stulecia, kiedy Rosja wydawała jednego po drugim geniuszy, a wśród nich klasyków gorzkiej satyry, co na mocy paradoksu w części rekompensuje brak literatury współczesnej. Bo przecież kpiące z biurokracji, służalczości i arogancji władzy „Rewizor” czy „Martwe dusze” Mikołaja Gogola, „Mądremu biada” Aleksandra Gribojedowa, „Dzieje pewnego miasta” Michaiła Sałtykowa-Szczedrina znakomicie opisują mechanizmy regulujące życie i dzisiejszej Rosji.
Tyle że obok nich prócz Puszkina, „Wojny i pokoju” oraz „Zbrodni i kary” wciąż wraca Michaił Lermontow i jego płomienne „Borodino”, które każdy musi znać na pamięć. Prezydent również. Władimir Putin zimą 2012 roku w czasie wiecu wyborczego na moskiewskim stadionie Łużniki ze łzami w oczach bez zająknięcia recytował: – „Umrzemy pod Moskwą, jak nasi bracia umierali...”.
Do literatury poświęconej rewolucji i epoce ZSRR autorzy programu starali się podejść bezstronnie. Obfitą reprezentację mają faworyci władzy komunistycznej – Władimir Majakowski, Maksim Gorki, Aleksiej Tołstoj – ale uczniowie omawiają też „Przeklęte dni” Iwana Bunina, „Opowiadania kołymskie” Warłama Szałamowa, „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna. W programie był również „Archipelag GUŁag”, ale już go nie ma.
A co z drugą wojną światową? Zwana Wielką Ojczyźnianą, jest w Rosji podstawowym mitem państwowotwórczym. Czyta się o niej przede wszystkim to, co napisali radzieccy klasycy. A więc hartujące patriotyzm „Młodą Gwardię” Aleksandra Fadiejewa, „Opowieść o prawdziwym człowieku” Borysa Polewoja, „Los człowieka” Michaiła Szołochowa. Nauczyciel może włączyć do programu też „literaturę okopową” pisaną, jak to się mówi „z punktu widzenia młodych lejtnantów”, a więc przedstawiającą frontową prawdę znacznie okrutniejszą i mniej patetyczną, ale to nie jest obowiązkowe. A już taka książka jak słynna „Wojna nie ma nic z kobiety” Aleksijewicz wstępu na lekcje nie ma, bo rosyjska szkoła nie wychowuje dla pokoju.
Zupełnie fatalnie jest z literaturą zagraniczną. Oczywiście są William Szekspir, Cervantes, Molier („Chory z urojenia”, bo przecież nie „Świętoszek”), Daniel Defoe, Mark Twain, Arthur Conan Doyle, ale pisarze współcześni kończą na Astrid Lindgren.
Liberalni krytycy literaccy szczególnie ubolewają nad tym, że wśród autorów czytanych przez uczniów nie ma Ericha Marii Remarque’a. Ale o co im chodzi? To oczywiste, że pacyfista w kanonie się nie mieści.
Wacław Radziwinowicz, dziennikarz, reporter, przez wiele lat korespondent „Wyborczej” w Rosji. Rok temu władze cofnęły mu akredytację
Wicehrabia dobry i zły
O włoskich lekturach wiem tyle, ile dowiedziałem się z doświadczenia trzech córek, które uczyły się w Rzymie.
Ta, która chodziła do szkoły podstawowej, miała w lekturach m.in. „Odyseję”, „Iliadę” i „Pinokia”.
Epopeje Homera były elementem kształcenia kultury śródziemnomorskiej, które obejmowało również wiedzę o mitach i oglądanie Forum Romanum. „Pinokia”, historię o drewnianym pajacyku, który wyszedł na ludzi, czyta się na dwóch poziomach: jako lekcję fantazji, zabawy, jaką może być literatura, i jako powiastkę moralną, z której płynie nauka, że za złe uczynki zawsze płaci się słono. Z rozmów z nauczycielami wynikało, że lektura wpadek Pinokia pełni również funkcję terapeutyczną: dzieci dowiadują się, że nie tylko im przytrafia się błądzić. Że niedotrzymanie słowa czy wagary to błędy powszechne, z których w każdej chwili można się wycofać.
Literaturę jako miejsce fantazji i przygody pokazywano córkom na przykładzie Gianniego Rodariego i Itala Calvina. Rodari to włoski Brzechwa, tyle że jeszcze bardziej wszechstronny – autor zabaw językowych, powieści, opowiadań... Lekturą obowiązkową dla małej Julii była powieść „Planeta świątecznych choinek” – o chłopcu, który dostał się do kosmicznego statku i wylądował na planecie, na której Boże Narodzenie trwa cały rok.
Z dorobku Calvina (1923-85), mistrza oświeceniowej ironii, dziewczynki korzystały już w pierwszej klasie gimnazjum w postaci „Wicehrabiego przepołowionego” – opowieści o zakochanym arystokracie, który został przecięty podczas pojedynku i z jego dwóch części zrobiono dwóch ludzi: skrajnie dobrego i skrajnie złego. Z żadnym oczywiście wytrzymać nie sposób.
W liceum córki same wybierały lektury z określonego zestawu. Sąsiadowały w nim: „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Gracz” Dostojewskiego, „Moby Dick” Melville’a, „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Sołżenicyna; z literatury włoskiej: „Rodzina Malavogliów” Giovanniego Vergi (1840-1922), czyli historia rodziny sycylijskich chłopów, przekleństwa dziedzicznej biedy, „Piękne lato” Cesarego Pavesego (1908-50), opowiadanie o inicjacji erotycznej młodej robotnicy zagubionej w środowisku artystów, wybór wierszy Sergia Corazziniego (1886-1907), poety z grupy tzw. zmierzchowców, zapisującego uczucia i wrażenia w melodyjnej i lapidarnej formie. I kryminalno-obyczajowe „Imię róży” Umberta Eco na lekcjach filozofii jako pretekst do rozważań nad średniowieczem, teorią literatury, gatunkami literackimi i problemami ekranizacji.
Cały rok w liceum starsze córki poświęciły na komentowanie, strona po stronie, „Boskiej Komedii” Dantego i „Narzeczonych” Alessandra Mazoniego – książek dla Włochów absolutnie podstawowych, nieodzownych niczym dla nas „Pan Tadeusz”.
„Boska...” – przypominać chyba nie trzeba – to opowieść tercyną o wędrówce przez Piekło, Czyściec i Raj; galeria postaci, uczynków, kar i nagród faszerowana rozmową, wykładem, pouczeniem. „Narzeczeni” – wielka XIX-wieczna powieść historyczna rozgrywająca się w pierwszej połowie XVII wieku, z „przemianami bohatera romantycznego”, z postaciami świętych, łotrów, tchórzy i zwykłych ludzi, z genialnym obrazem epidemii.
Nauka literatury we włoskiej szkole to i lekcja świadomego wyboru. Nie zapomnę, co powiedziała nauczycielka najmłodszej córki w szkole podstawowej: „Przynieście wszyscy jakąś książkę, postawcie na tym regale, potem wybierzcie jakąś inną książkę, przeczytajcie i omówcie, jak chcecie”.
Jarosław Mikołajewski, poeta, pisarz, tłumacz; były dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie
Węgry od morza do morza
Faktem jest, że lista lektur obowiązkowych na Węgrzech pozostaje niesłychanie zachowawcza: mniej więcej od czterdziestu lat figurują na niej te same pozycje” – mówi mi znajomy gimnazjalny nauczyciel węgierskiego.
Na liście dominuje historia literatury: poza ostatnimi latami nauki nie uświadczy się tam żadnych współczesnych pisarzy, autorzy lektur obowiązkowych są z reguły martwi, i to zwykle od dawna – dominują pisarze z XIX i pierwszej połowy XX wieku. Obficie reprezentowany jest poeta narodowy Sándor Petöfi, jeden z najpopularniejszych patronów ulic w kraju. Takimi patronami jest zdecydowana większość autorów z listy (Arany, Jókai, Kosztolányi, Mikszáth, Móricz, Radnóti itd.).
W dużej mierze to klasycy literatury w rozumieniu Szymborskiej: „książki pisane dla dorosłych, które muszą czytać dzieci”. Całe szczęście w pierwszych latach w świat liter wprowadzają niezliczone ludowe bajki, podania, legendy, często opracowane przez znanych pisarzy i poetów.
Książki młodzieżowe to przede wszystkim dwie popularne powieści – pisane ku pokrzepieniu serc „Gwiazdy Egeru” Gézy Gárdonyiego o wojnie z Turkami (z przysięgą: „zamku w ręce pogańskie nie oddam”) oraz „Chłopcy z Placu Broni” Ferenca Molnára. Obie powstały ponad sto lat temu i podobnie jak popularna humoreska Karinthyego „Tanár úr kerem”, która dzieje się w szkole, reprezentują anachroniczny dla młodzieży świat – co nie przeszkodziło im zająć kilka lat temu pierwszych miejsc w konkursie na najpopularniejszą węgierską książkę.
Lista nie jest wolna od kontrowersji. Pojawił się na niej popularny w nacjonalistycznych kręgach pisarz Albert Wass, co skrytykowało Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Węgierskiego, określając go jako autora „czytadeł”. Równocześnie uderza brak książek Imre Kertésza, jedynego noblisty, którego nacjonaliści atakują za „niewęgierskość”. Z literatury światowej są m.in. Homer, Sofokles, Molier, Stendhal, Dostojewski, Kafka, Dürrenmatt, Orwell, ale nie ma autorów współczesnych.
Nauczyciele krytykują zwłaszcza przeładowanie kanonu, które w pogoni za „trzeba znać” zabija zrozumienie i przeżycie artystyczne. Jednak plan nauczania jest sztywny i mogą tylko przemycać hity w rodzaju „Harry’ego Pottera”. Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Węgierskiego często zwraca uwagę na to, że 20 proc. młodych ludzi nie daje sobie rady z czytaniem ani pisaniem, a badania wskazują, że kompetencje czytelnicze zaczęły spadać w tych rocznikach, w których pojawiała się historia literatury odbierająca ochotę do czytania. Jednak przedstawiciel Ministerstwa Zasobów Ludzkich, które odpowiada między innymi za oświatę, oświadczył, że zmiana listy lektur nie znajduje się w planach rządu.
Jerzy Celichowski, dziennikarz, mieszka na Węgrzech, prowadzi bloga jezwegierski.blox.pl
Biały człowiek odkrywa kolory
Amerykańskie lektury walczą o przetrwanie każdego lata. Ich być albo nie być rozgrywa się w opustoszałych w wakacje podstawówkach, gimnazjach i liceach. Wtedy nauczyciele i bibliotekarze poszczególnych placówek oświatowych zbierają się, żeby zdecydować o kanonie lektur na kolejny rok. Rezultaty tych obrad często diametralnie różnią się między stanami, hrabstwami czy poszczególnymi miejscowościami. Swoje rekomendacje publikują również federalny Departament Edukacji i departamenty stanowe.
Niezależnie od postanowień nie będą to obowiązkowe pozycje do przeczytania, lecz jedynie sugestie. Ostatecznie to nauczyciel tworzy listę, biorąc pod uwagę profil klasy – i przynależność etniczną uczniów. Inne lektury proponowane będą zatem klasie w Georgii, gdzie przeważają Afroamerykanie, a inne w dużej mierze latynoskiej młodzieży w Nowym Meksyku. „Moja podstawówka oferowała głównie książki dotyczące historii i kultury Indian Wielkich Prerii – wspomina Jessica Carew Kraft, która chodziła do podstawówki w wiejskiej części Iowy. – To było interesujące, bo pokazano nam temat z perspektywy innej niż ta białego człowieka. Za to w ogóle nie czytaliśmy o amiszach ani o demokratycznej historii mojego stanu”.
Najmniej problemu dostarcza wybór lektur dla podstawówek. Od lat z upodobaniem czyta się Roalda Dahla, a szczególnie jego bajkowego „Charliego i fabrykę czekolady”, „Most do Terabithii” Katherine Paterson (wzruszającą opowieść o dziecięcej przyjaźni i niespodziewanej śmierci), „Domek na prerii” Laury Ingalls Wilder (wspomnienia z dzieciństwa w XIX-wiecznej Ameryce) czy „Lwa, czarownicę i starą szafę” – fantasy C.S. Lewisa.
Pod koniec XIX wieku, kiedy w Stanach powstawał pierwszy kanon, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Szkoły dostały spis książek ustalony na poziomie federalnym przez specjalne grono nauczycieli, w większości księży i pastorów, dlatego lektury odzwierciedlały dominujące doktryny i przekonania moralne.
Niezależnie od epoki na liście trzymają się Szekspir i Geoffrey Chaucer oraz ponadczasowi w przekazie „społeczni” klasycy: Mark Twain (którego jednak próbuje się wyrzucić z kanonu za rasizm, bo na kartach „Przygód Hucka Finna” pada np. określenie „czarnuch”), Charles Dickens, William Faulkner czy John Steinbeck. Na początku tego stulecia dołączyły do nich Jane Austen i Virginia Woolf. Generalnie rośnie reprezentacja autorów żyjących i kobiet. W ostatniej dekadzie najbardziej popularni okazali się zaangażowane Afroamerykanki Toni Morrison i Alice Walker oraz Salman Rushdie.
Krytycy, którzy dwie dekady temu narzekali, że uczniowie muszą przedzierać się przez książki pisane archaicznym językiem i nieprzystające do rzeczywistości, dziś załamują ręce nad białymi plamami w wiedzy uczniów – zorientowanych we współczesności, ale bez znajomości klasyki.
No i naturalnie cały czas Amerykanie dyskutują, komu należy się więcej miejsca: ponadczasowym białym mężczyznom z Europy – Platonowi, Camusowi, Dostojewskiemu, Orwellowi – czy twórcom z różnych obszarów kulturowych. Zgodni są co do jednego: w kwestii lektur nie ma i nie będzie zgody.
Magda Gacyk, dziennikarka, autorka książki „Ścigając Steve’a Jobsa. Historie Polaków w Dolinie Krzemowej”; mieszka w Kalifornii
Dobry Niemiec
Klasa Ilki Stricker właśnie omawia „Fausta”. Gimnazjaliści (to odpowiednik polskiego liceum) jak zwykle podchodzą do pomników niemieckiej literatury niechętnie. Narzekają na archaiczny język, zawiłość i to, że dzieło o średniowiecznym alchemiku, który szukając sensu życia, zawiera pakt z diabłem, słabo przystaje do współczesności. Stricker, która w Versmold, miasteczku w Westfalii, uczy niemieckiego i angielskiego, do takich narzekań przywykła. Tłumaczy, że choć Goethe pisał „Fausta” na przełomie XVIII i XIX wieku, to ludzkość przecież się nie zmienia.
Niemiecki nastolatek, nawet jeśli nie znalazłby w dziełach Goethego nic dla siebie, nie ma od nich ucieczki. „Faust” czy „Ifigenia w Taurydzie” znajdują się na liście lektur.
W porównaniu z Polską czyta się o wiele mniej – w podstawówce zwykle jedną lekturę na rok. A w wyborze polityka nie gra roli. Zresztą gdy opowiadam niemieckim nauczycielom o pomysłach wprowadzenia w polskich szkołach wychowania patriotycznego, łapią się za głowy. Niemcy uczą młodzież, jak być dobrym obywatelem. A książki mają ich skłonić do myślenia, a nie do naśladowania bohaterów.
– W podstawówce mamy wolną rękę. Wybieramy to, co podoba się uczniom. Z reguły coś z literatury młodzieżowej – mówi Stricker. Ostatnio przerabiała „Die Welle” (Falę), amerykańską powieść o szkole, w której uczniowie nie potrafią zrozumieć, jak Hitler mógł zapanować nad Niemcami i zacząć Holocaust, więc w jednej z klas w ramach eksperymentu zostaje wprowadzony totalitarny porządek.
Lista lektur pojawia się dopiero w gimnazjum przygotowującym do matury. Czy raczej lista rekomendacji, bo po doświadczeniach z nazizmem postanowiono, że rząd federalny nie ma prawa mieszać się do oświaty, więc programy szkolne i listy lektur układają poszczególne landy.
Czytam wprowadzenie do listy obowiązującej na terenie Badenii-Wirtembergii: „Nauka powinna obejmować oprócz dzieł ważnych ze względu na zachowanie kulturowej pamięci również więcej literatury współczesnej. Dzięki temu uczniowie zdobędą umiejętności potrzebne do udziału we współczesnym życiu kulturalnym”. Stąd obok Schillera i Heinego Hermann Hesse, Bertolt Brecht, „Lektor” Bernharda Schlinka (historia chłopca, który przechodzi inicjację miłosną z byłą strażniczką z obozu śmierci), książki enerdowskiej pisarki Christy Wolf i gorzkie powieści pochodzącej z komunistycznej Rumunii noblistki Herty Müller. Dalej w podstawie pada zachęta, by do książek podchodzić na najróżniejsze sposoby i pozwolić uczniom na samodzielność.
Jaki klucz zwykle przyjmują nauczyciele? – Rozmawiamy choćby o tym, jak bohater zachowałby się we współczesności – mówi Stricker.
Bartosz T. Wieliński, dziennikarz, reporter, były korespondent „Wyborczej” w Berlinie
Biblia, fikcja literacka
Z francuskich szkół zniknęli Joanna d’Arc, Cezar, kardynał Richelieu i Wolter. Przez ostatni rok 18-osobowa najwyższa komisja programowa (Conseil supérieur des programmes) debatowała, czego powinni się uczyć młodzi Francuzi. Szukano kompromisu między tradycjonalistami, którzy chcieliby więcej „treści narodowych”, i liberałami domagającymi się więcej historii światowej i pisarzy frankofońskich.
– Większość nauczycieli jest lewicowa, ale nie w głowie nam indoktrynacja. Politycy chcieliby mieć na nas większy wpływ, szczególnie na historyków. Ale nawet jeśli zdarzyłby się skrajny prawicowiec lub komunista, to uczniowie podnieśliby larum, a my protestowalibyśmy z nimi. Pamiętam przypadek ucznia, który doprowadził do zwolnienia nauczyciela, bo ten był rasistą – opowiada Fabienne Weil, gimnazjalna nauczycielka francuskiego z ćwierć wieku doświadczenia.
Spory ideowe są w pewnym sensie drugorzędne, bo nauczyciel może czytać z uczniami, co zechce. Ministerialna lista książek to tylko sugestia. Tylko maturzyści mają listę lektur obowiązkowych, na przykład w 2015 r. czytali „Bel Ami” Guy de Maupassanta, „Czerwone i czarne” Stendhala, tragedie Moliera, komedie Corneille’a, poezje Baudelaire’a i Apollinaire’a, a także bajki Perraulta.
A co nauczyciele podsuwają młodszym? – W gimnazjum czytamy zgłębiającego psychologię bohaterów Defoe „Piętaszka” Tourniera, Moliera i jeden romans dworski. Z literatury zagranicznej proponuję „Damę pikową” Puszkina, „Władcę much” Goldinga i „Myszy i ludzi” Steinbecka. Sięgam też do literatury frankofońskiej, np. do poezji Aimé Césaire’a z Martyniki lub Léopolda Senghora z Senegalu.
Od kilku tygodni pracuję z pierwszą klasą nad tematem bohaterstwa. Na początek wybrałam historię świętego Jerzego, który walczy ze smokiem, a skończę na „Władcy pierścieni”. Potem przejdziemy do mitologii, czyli eposu o Gilgameszu, baśni afrykańskich, „Iliady” i „Odysei” oraz fragmentów Biblii i Koranu – opowiada Weil.
Właśnie tak: Biblia to w programie fikcja literacka, tak samo jak mity greckie. Zdarzają się uczniowie, którzy protestują, głównie katolicy albo muzułmanie. – Przypominam im wtedy, że szkoła jest laicka. I mówię, że mogłabym nawet czytać wiersze Jana Pawła II, ale na tej samej zasadzie, co Apollinaire’a, żeby pokazać relatywność i złożoność świata. Ta zasada obowiązuje nas wszystkich: nauczyciel nie mówi w czasie lekcji o swoich przekonaniach. A gdyby ktoś próbował wywierać presję, żeby w szkole czytać takie czy inne lektury, nauczyciele niezależnie od prywatnych poglądów wyszliby na ulice i sparaliżowali miasto.
Anna Pamuła, dziennikarka; mieszka w Paryżu
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21097765,co-czytaja-dzieci-w-szkole-lektury-obowiazkowe-na-swiecie.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.09 19:21 ben13022 Pociągiem z Krakowa do Zakopanego w cztery godziny! Kiedy to się zmieni?

Powoli - jak żółw - ociężale ruszyła maszyna w Tatry ospale - wiersz Juliana Tuwima w pociągu relacji Kraków - Zakopane można wyrecytować jakieś 150 razy. Podróż trwa cztery godziny. Turyści z całej Polski wybierają więc samochody. W Zakopanem chcą to zmienić! - Cztery godziny?! Maciek i Paweł, którzy przyjechali do Krakowa z Gdańska, nie mogą uwierzyć, że tyle zajmuje podróż pociągiem z Krakowa do Zakopanego.
A dokładnie 3 godziny i 53 minuty. Jak się z tym pogodzić, skoro 621 km z Gdańska do Krakowa pokonali... w nieco ponad pięć godzin. Teraz PKP oferuje im połączenie Kraków - Zakopane w czasie krótszym zaledwie o godzinę.
Tak jak Maciek i Paweł nie mogą uwierzyć, że pociąg jedzie tak długo, tak mieszkańców Krakowa w osłupienie wprawia pomysł, by wybrać się w Tatry koleją.
U nas nikt nawet o tym nie myśli. Samochód lub autobus są oczywistym wyborem. A wraz z nimi ciągnące się przez Jordanów, Rabkę, Poronin, aż po samo Zakopane korki. Niewielu zniechęcają. Zawsze pojawia się iskierka nadziei i myśl: "może tym razem się uda bez korków". Maciek i Paweł też ostatecznie wybierają autobus.
My postanawiamy spróbować. Do Zakopanego jedziemy pociągiem.
Nie rezygnujemy. O 7.46 wsiadamy do pociągu TLK "Wenus", który jedzie aż z Gdyni. Ani z boginią, ani z dziełem sztuki wiele wspólnego nie ma. Jest brudny i śmierdzący. Przy wejściu uderza odór uryny.
Ledwo się rozpędzamy, by po sześciu minutach jazdy zaliczyć prawie półgodzinny postój. W Krakowie-Płaszowie pociąg musi zmienić kierunek jazdy. Obserwujemy, jak odpięta lokomotywa przejeżdża na drugą stronę pociągu, a pasażerowie zmieniają siedzenia, by nie jechać tyłem do kierunku jazdy. W pociągu więcej ludzi, niż się spodziewałyśmy.
Konduktor tłumaczy nam: - Przy każdym odpięciu i zapięciu lokomotywy musimy sprawdzić hamulce. Wcześniej lokomotywa musi przejechać z jednej strony pociągu na drugą. To zabiera co najmniej 20 minut.
A przed nami jeszcze dwie zmiany kierunku jazdy - w Suchej Beskidzkiej i Chabówce - które zajmą kolejne 40 minut.
Wlecze się, wlecze, ale pociągiem taniej
Lokomotywa rusza, a my szukamy dobrych stron: w pociągu można pracować. Przez cztery godziny można przeczytać niezłą książkę. Poznać współpasażerów. Pod warunkiem, że nie śpią wykończeni wielogodzinną trasą. Właśnie takich mijamy w przedziałach najwięcej. Ręczniki zastępują im koce, a zmięte bluzy poduszki. Ci, którzy nie mogą wysiedzieć, spacerują w tę i z powrotem albo stoją wpatrzeni w okno.
Tak jak pan Ignacy. Emeryt z Gdyni. Do pociągu wsiadł o 21.20. Od jedenastu godzin jest w trasie. - Wlecze się, wlecze, ale pociągiem taniej - mówi. - I mniej męcząco niż samochodem. Co prawda z Gdańska jest autostrada i obwodnica Łodzi, ale co z tego, jak potem od Krakowa aż pod Tatry korki. Wolę kupić bilet i przesiedzieć te piętnaście godzin - mówi nam. I poleca na dalszą podróż film "Wino truskawkowe" na podstawie "Opowieści galicyjskich" Andrzeja Stasiuka. - Człowiek musi się czymś zająć, żeby wytrzymać tę podróż - tłumaczy.
Z sąsiedniego przedziału słyszymy głos starszej kobiety. - Jakoś to przeżyjemy - mówi, gdy o 8.25 pociąg znów się zatrzymuje. Tym razem na stacji Kraków-Bonarka, której nie ma nawet w rozkładzie. Po chwili znów rusza, a my zastanawiamy się, czy pociąg w ogóle zdąży się rozpędzić. Nie zdąża. W rejonie Łagiewnik obserwujemy mijające nas autobusy Szwagropolu, a pociąg znów hamuje. Tym razem w krakowskich Swoszowicach, których też w rozkładzie nie ma.
Przestajemy śledzić kolejne przystanki, które przywołują wspomnienia podróży koleją 20 lat temu.
Tych łuków pendolino nigdy nie pokona
Kolejna zmiana czoła pociągu o godz. 9.37 w Suchej Beskidzkiej. Ludzie wychodzą na peron na papierosa, rozprostowują nogi, łapią promienie słońca i wzdychają.
Tyle że to pozwoli zyskać pociągom ok. 60 minut. 2 godziny i 53 minuty koleją z Krakowa do Zakopanego - to nadal brzmi przerażająco...
W oczekiwaniu na piekielną linię
Co innego niecałe dwie godziny. Człowiek ledwo zdążyłby obejrzeć "Wino truskawkowe". Taki czas osiągałyby pociągi, gdyby udało się wybudować nową linię kolejową Podłęże - Piekiełko, zwaną "piekielną linią", o której na Podhalu i Sądecczyźnie marzą od 25 lat.
Bo nowa trasa do Zakopanego i Nowego Sącza nie biegłaby jak dziś naokoło - 144 km i pozwalałaby rozwijać dużo większe prędkości niż "Wenus". Nawet do 160 km na godz.
Przebieg jest już wytyczony: pociągi skręcałyby na południe w rejonie podkrakowskiego Podłęża (okolice Wieliczki) i jechały przez Gdów do Szczyrzyca, gdzie linia ma się rozgałęziać na dwie odnogi - przez Tymbark na Sądecczyznę i przez Mszaną Dolną i Rabkę na Podhale. Zamiast 144 km pociąg pokonywałby 120. Niewiele mniej, ale o wiele szybciej.
Koszt inwestycji szacuje się na około 7,2 miliarda złotych. Ta kwota spędzała sen z powiek kolejnym rządom i powodowała, że kolejne partie rządzące wycofywały się z obietnic jej realizacji. Nawet gdy pojawiły się środki z Unii Europejskiej, to kolejni ministrowie wydawali je na inne inwestycje kolejowe, odkładając projekt "piekielnej linii" na półkę.
Efekt? - Mamy najgorzej funkcjonującą komunikację w całej Polsce. W XXI wieku stolica polskich gór jest częściowo odcięta od świata, bo nie ma alternatywnych możliwości dojazdu - mówi zastępca burmistrza Zakopanego Wiktor Łukaszczyk, gdy wreszcie docieramy do punktu docelowego naszej podróży.
I porównuje: - Nad morze jest autostrada i szybkie pendolino. Można nim dojechać i do Gdańska, i do Kołobrzegu. Teraz powstała obwodnica Łodzi, która jeszcze skraca czas przejazdu przez centralną Polskę. A co ma Podhale? Wiecznie zakorkowaną, remontowaną zakopiankę, na której stają kierowcy, busiarze i autobusy. Droga nie jest w stanie pomieścić takiej liczby samochodów, jaką mamy dziś - mówi wiceburmistrz.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podaje, że w 2015 roku zakopianką jechało średnio 40 806 pojazdów. W ciągu doby!
Według GPS czas przejazdu samochodem z Krakowa pod Tatry wynosi 2 godziny i 10 minut. Bez korków.
Nie dla samochodów
W długi sierpniowy weekend na Podhale zjechało ponad pół miliona ceprów. Czas przejazdu z Krakowa do Zakopanego wynosił co najmniej trzy godziny. Niedzielne powroty były koszmarem. W korku stało się jeszcze ponad godzinę dłużej. Podobnie było w ostatni weekend wakacji. W szczycie sezonu trasa między Zakopanem a Murzasichlem zajmowała dwie godziny. W roboczy dzień poza szczytem zajmuje 18 minut.
Jeszcze gorzej może być w sezonie zimowym. W ferie i okres między świętami a Nowym Rokiem kierowcy grzęzną w korkach na zakopiance nawet po pięć godzin.
Jak już dostaną się do miasta, to wcale nie jest lepiej.
Mijamy pobocza od Gubałówki do Krupówek. Wzdłuż nich ciągnie się sznur samochodów na obcych rejestracjach, szukających miejsc postojowych. Nieco dalej pod skocznią narciarską na turystów w samochodach polują górale z tablicami wskazującymi parkingi na ich prywatnych łąkach, tuż przy trasach turystycznych. Pod zabytkową strażnicą, obok pl. Niepodległości, parkingu strzeże dwóch parkingowych. Zaledwie kilka wolnych miejsc.
Jeszcze gorzej w drodze do Morskiego Oka. Choć jesteśmy tam w środku tygodnia, pobocze pełne jest samochodów. Coraz więcej aktywistów uważa, że droga do Morskiego Oka powinna być potraktowana jak droga do Kuźnic. I wjazd powinny mieć tylko busy. - Jeden bus zastępuje sześć, siedem samochodów. Oczywiście, że to są rozwiązania, które na początku budzą protesty, ale czy dziś ktoś wyobraża sobie podróż samochodem do Kuźnic? Nie - zaznacza Manowiecki.
I podkreśla, że dzięki szybkiemu połączeniu kolejowemu więcej turystów wybierałoby podróż w góry pociągiem. Zakopane mogłoby się uwolnić spod dyktatury samochodów.
Zresztą pierwsze sygnały, że mieszkańcy Zakopanego nie godzą się na terror samochodowy, już są. Gdy w tym roku przy ul. Bulwary Słowackiego, między TPN a obszarem objętym ochroną Natura 2000, obok jednej z najstarszych chat góralskich, willi Tea, powstał parking wielkości 2 tys. m kw., mieszkańcy się zbuntowali. Okazało się, że dojazd do parkingu został wytyczony na wąskiej dróżce wzdłuż potoku i samochody spychały turystów do wody. - Napisaliśmy wniosek o wprowadzenie na końcówce ulicy zakazu wjazdu, który nie obowiązuje jedynie mieszkańców i służby. Uniemożliwiliśmy w ten sposób dojazd do parkingu i pomysł umarł - mówi Bartek Bryjak, radny Zakopanego.
To nie jedyny przykład. Mieszkańcy buntują się też przeciwko parkingowi przy ul. Nowotarskiej, który jest samowolą budowlaną. Miasto już pozwało inwestora.
Kulejąca komunikacja w Zakopanem
Ale turyści odbijają piłeczkę: - To jak mamy poruszać się po mieście?
Manowiecki przyznaje: - W Zakopanem kuleje nie tylko kolej dalekobieżna. Transport lokalny dopiero zaczyna się pojawiać.
Po Zakopanem i okolicznych wioskach wożą turystów jedynie przestarzałe busy. Przez lata miasto rękami i nogami broniło się przed uruchomieniem komunikacji miejskiej. Dopiero od niedawna coś drgnęło. Działają dwie linie autobusowe. Jedną uruchomiono na początku września. I nie zawsze jest gdzie wysiąść.
Stoimy na ul. Kościuszki, pod urzędem miasta. Z jednej strony widzimy duże osiedle mieszkaniowe, obok szkołę. Do tego sądy, ZUS, pensjonaty. A przystanku nie ma.
Kolej na rozwój Podhala
Oczyszczenia miast ze spalin i trujących pyłów dzięki rozwojowi kolei domagają się też mieszkańcy Zakopanego.
Najbardziej zagrożone są osoby, które mieszkają ok. 300 m od ruchliwych ulic. - Przy zakopiance i w samym mieście są ich tysiące - mówi Marek Józefiak.
Zakopane ma jeden z najwyższych poziomów zanieczyszczeń. Zimą stężenie pyłów sięga tu 300 mikrogramów na metr sześcienny. Przy normie 50 mikrogramów. - Komunikacja odpowiada za ok. 10 proc. zanieczyszczeń - mówi wiceburmistrz. I zaraz dodaje: - Ale wiemy, że żeby sobie poradzić ze smogiem, musimy działać ze wszystkich stron. Dlatego właśnie uruchamiamy nowe linie autobusowe. Zainwestowaliśmy w ekologiczne autobusy.
Manowiecki nie ma wątpliwości: - Obserwujemy, że mieszkańcy z tego korzystają. Coraz częściej też turyści. Teren wokół dworca kolejowego, gdzie powstały przystanki, nagle zaczął ożywać.
Jeszcze niedawno przy starym dworcu kolejowym w Zakopanem nie było żywej duszy, a plac pod nim służył za parking. Teraz jest tam terminal autobusowy i są plany remontu dworca kolejowego.
Odcięci od świata
Szansa na jej powstanie właśnie jest. I to jedyna. Linia Podłęże - Piekiełko po raz pierwszy znalazła się na liście podstawowej Krajowego Programu Kolejowego. Choć resort infrastruktury wpisał tam tylko dwa z trzech etapów inwestycji, na Podhalu i Sądecczyźnie wstrzymali oddechy. Bo to na razie tylko projekt. Bo, tak jak w poprzednich latach, nagle może się okazać, że "piekielna linia" znów trafi do szuflady. Wszystko wyjaśni się we wrześniu. - Spotykamy się z rządem. Wiemy, że projekt wspierają minister Andrzej Adamczyk i posłowie z Małopolski. Liczymy, że rząd, który w dużej części pochodzi z naszych rejonów, skorzysta z tej ostatniej szansy na uzyskanie unijnych pieniędzy i dopnie projekt. Bo we wcześniejszych latach najwięcej zyskiwała północna Polska. Kosztem nas - denerwuje się Łukaszczyk.
Szybka kolej na Podhale wpisuje się w wytyczne Unii Europejskiej, która zobowiązała Polskę do ograniczenia emisji dwutlenku węgla. - Nie tylko z przemysłu i energetyki, ale również z transportu. Propozycja Komisji Europejskiej zakłada siedmioprocentową redukcję emisji w naszym kraju do 2030 roku w porównaniu do 2005 roku. Stąd też promowanie kolei jako transportu czystego i niskoemisyjnego ma strategiczne znaczenie - precyzuje Marek Józefiak. Na inwestycje liczą też władze odciętych od kolei miejscowości na Sądecczyźnie. - Mamy tyle przepięknych miejscowości turystycznych - Krynica, Muszyna, Żegiestów - które mają wspólny problem: ludziom nie chce się tu dojeżdżać, bo pociąg wlecze się godzinami, a na drogach samochody się już nie mieszczą - tłumaczy Łukasz Bochniarz reprezentujący kampanię Pociąg - Autobus - Góry na Sądecczyźnie. - Na zakopiance kierowcy mają choć miejscami po dwa pasy ruchu, więc jadą na Podhale mimo korków. My jesteśmy komunikacyjnie odcięci od reszty świata, a turystyka nie ma szans się rozwijać w takich warunkach - porównuje.
Nasz region to kura znosząca złote jaja
Wiceburmistrz Nowego Sącza Wojciech Piech przytacza ostatni raport zlecony przez urząd marszałkowski, dotyczący dostępności komunikacyjnej poszczególnych rejonów Małopolski: - Wynika z niego, że jeżeli strategiczne inwestycje transportowe, w tym linia Podłęże - Piekiełko, nie zostaną zrealizowane, w 2020 roku Sądecczyzna stanie się najgorzej skomunikowanym ośrodkiem subregionalnym w całej Unii Europejskiej!
Dziw, że w takich warunkach w ogóle rozwija się przedsiębiorczość. - Nasz region to kura znosząca złote jaja. Nie wierzę, że przez lata rządy nie robiły niczego dla Małopolski południowej, w której mamy tak wysoki odsetek ludzi przedsiębiorczych, a nawet multimilionerów. Do tego nasze walory turystyczne, które zwyczajnie się marnują. Obawiamy się, że przedsiębiorcy już zastanawiają się, czy warto czekać na poprawę warunków dojazdu - przyznaje wiceburmistrz.
A oddanie do użytku linii Podłęże - Piekiełko dla Sądecczyzny byłoby dosłownie komunikacyjnym szokiem. O ile teraz z Krakowa do Nowego Sącza pociągiem jedzie się nawet ponad trzy godziny, o tyle dzięki tej inwestycji ten czas skróciłby się do 55 minut! - Kolej od lat była u nas w defensywie i szczerze mówiąc, nie wiem, jak przerwać ten wieloletni mentalny związek naszych mieszkańców z samochodami. Jedyną szansą jest szybkie połączenie z Krakowem, które jest szansą na przywrócenie również lokalnego ruchu kolejowego. A gęstej sieci kolejowej inne rejony kraju mogą nam pozazdrościć - szkoda z tego nie skorzystać - podkreśla Piech.
Łukasz Bochniarz zaznacza, że ważną rolę w zmianie przyzwyczajeń kierowców odegrają nie tylko wielkie inwestycje, ale także determinacja małych społeczności. - Potrzeba integracji kolei z innymi środkami transportu i odważnych decyzji samorządowców. Dziś nie ma żadnego uzasadnienia dla ograniczania ruchu samochodowego w centrach miejscowości turystycznych. Gdy będzie szybka kolej i dowożący do niej transport miejski, to nikogo nie trzeba będzie przekonywać do komunikacji zbiorowej - mówi Łukasz Bochniarz.
Wracamy do Krakowa autobusem
Na koniec wizyty w Zakopanem burmistrz jeszcze raz zapewnia: - Jeszcze nim zapadnie decyzja, czy Podłęże - Piekiełko zostają w planie, spotkamy się z rządem i będziemy prosić, przekonywać, naciskać.
My z Zakopanego do Krakowa wracamy zakopianką. Wieczorem nie mamy już sił na kolejną czterogodzinną podróż. Ostatni pociąg odchodzi z Zakopanego o 21.47. Do Krakowa dociera o 1.24 w nocy. Wybrałyśmy autobus. Po dwóch i pół godziny byłyśmy na dworcu w Krakowie.
źródło:http://krakow.wyborcza.pl/krakow/1,42699,20664248,pociagiem-z-krakowa-do-zakopanego-w-cztery-godziny-kiedy-to.html#TRwknd
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.08.31 17:00 SoleWanderer MACIE ŻYĆ TAK, JAK MY ŻYJEMY - Tygodnik Powszechny

Mogliśmy się już widzieć, i to w tym samym miejscu. W 2011 r. Mateusz Bożydar Marzoch, prezes jednego z warszawskich Kół Młodzieży Wszechpolskiej, asystent posła Roberta Winnickiego, „narodowiec, katolik”, jak przedstawia się na Twitterze, szedł w Marszu Niepodległości. Ja stałam w pobliżu kawiarni przy placu Konstytucji w kontrmanifestacji. Minęło 5 lat, niewiele mniej niż nasza różnica wieku.
Kiedy 1 sierpnia obserwowałam kolejny przemarsz narodowców, oprócz wielu innych uczuć – opisanych przeze mnie na łamach „TP” w tekście „Nowy Świat maszeruje” (nr 33/16) – poczułam wstyd. Wstyd, że nie weszłam w tłum i nie zapytałam: „Dlaczego tu przyszedłeś?”, ale także z powodu własnej pogardy i poczucia wyższości. Poniższa rozmowa wzięła się m.in. z potrzeby przełamania tej postawy.
MAGDALENA KICIŃSKA: Dziękuję, że zgodził się Pan na spotkanie – wielu przedstawicieli organizacji, o których pisałam w „TP”, nie chciało rozmawiać. Zwłaszcza że był Pan jedną z osób, które negatywnie skomentowały naszą okładkę sprzed dwóch tygodni.
MATEUSZ BOŻYDAR MARZOCH: Bardziej nie podobał mi się tytuł. Bo dlaczego to, co robimy, jest kradzieżą? To przywracanie Polakom świąt i rocznic. Zanim organizacje narodowe o to nie zadbały, mało kto je celebrował, a jeśli, to niemrawo. Teraz – tłumy. Dopiero od niedawna mamy też np. Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To zasługa pracy u podstaw, którą robimy.
A nie prezydentów Kaczyńskiego i Komorowskiego, którzy przeprowadzili proces legislacyjny w tej sprawie?
Oni raczej wyczuli, że powinni to zrobić, reagując na presję. To my upomnieliśmy się o pamięć.
Krzycząc 1 sierpnia: „Śmierć wrogom ojczyzny”?
To hasło ściśle historyczne, używane szczególnie po II wojnie światowej, kiedy polscy partyzanci walczyli z okupantem sowieckim i z ludźmi, których uważali za wrogów.
Chce mnie Pan przekonać, że nie ma w tym okrzyku odniesień do tu i teraz?
1 sierpnia krzyczeliśmy też „Jedna kula, jeden Niemiec”, a nie wydaje mi się, żeby ktoś teraz nawoływał do zabijania Niemców. Bądźmy poważni.
Niech mi więc Pan wytłumaczy związany z Powstaniem kontekst innego hasła, które skandowano: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści”?
Tu przyznam: nie wiem, co koledzy mieli na myśli. Ale nie dam się wmanipulować. Pani chce, żebym powiedział, że dosłownie bierzemy to, o czym krzyczymy.
Chcę zrozumieć, co Panu daje wykrzykiwanie tych haseł.
Poczucie sensu: czerpiąc z doświadczenia tamtych ludzi i oddając im cześć, czuję z nimi łączność. Wiem dzięki temu, gdzie i kim jestem, i jakie z tego wynikają dla mnie obowiązki. Np. w czasie wojny – jak należy się zachować. Wiem, że poszedłbym walczyć z tymi samymi hasłami na ustach.
A w czasie pokoju? Oglądałam Pański profil na Facebooku i konto na Instagramie. Widzę, że lubimy podobną muzykę, i zastanawiam się, czy jest coś, co poza muzyką może nas łączyć.
Poglądy pewnie nie.
Obawiam się Pańskich.
Niesłusznie. Nie jesteśmy tacy źli.
Nie dopuszczacie możliwości, że ktoś inaczej widzi świat.
Bo jesteśmy pewni, że nasza wizja jest dla Polski najlepsza.
O tym mówię – o braku wątpliwości. Jak się go zdobywa? Jak znalazł się Pan w Młodzieży Wszechpolskiej?
Pochodzę ze wsi, gdzie moi rodzice prowadzą gospodarstwo. Tam się wychowywałem, później poszedłem do liceum w powiatowym mieście i mieszkałem w internacie. Nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o organizacjach narodowych. Od gimnazjum udzielałem się jako harcerz.
ZHP?
Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego Zawisza. Wciągnął mnie kuzyn i to właśnie tam nabrałem poczucia, jak wielki sens ma nie tylko praca – co wyniosłem wcześniej z domu, bo od najmłodszych lat pomagałem w prowadzeniu gospodarstwa – ale przede wszystkim służba.
Czym ona jest?
Pomocą drugiemu człowiekowi, pracą na rzecz wspólnoty i gotowością do poświęceń na jej rzecz.
Tu się zgadzamy – ja również uważam, że to istotna wartość.
No więc ja podjąłem służbę na rzecz Młodzieży Wszechpolskiej – w 2011 r. pojechałem na Marsz Niepodległości i zobaczyłem, że potrzebna jest pomoc. Wstąpiłem do Straży Marszu – budowała ją m.in. MW, trafiłem na spotkanie. Sprawdzili, kim jestem.
Jak?
Weryfikacja polegała na rozmowie, sprawdzeniu naszych profili na Facebooku, to wszystko. Od początku roku akademickiego – kiedy zacząłem studia: bezpieczeństwo wewnętrzne na UW – zacząłem chodzić na spotkania. I od tej pory każda akcja, każda służba, którą pełnimy – np. ostatnio, przy pogrzebie kard. Macharskiego na Wawelu – daje mi ogromną satysfakcję i poczucie, że dokonałem właściwego wyboru.
To znaczy?
Że jestem wśród ludzi, którzy myślą tak jak ja i chcą tego samego.
Wcześniej Pan tego nie czuł?
Może w harcerstwie, ale z tego się wyrasta. A potrzeba zostaje.
Co Pan ostatnio czytał?
„Wszechpolaka”.
A książki?
Szczerze mówiąc, od dziecka muszę się do książek zmuszać.
Pytam, bo chciałabym się dowiedzieć, co Pana ukształtowało.
Już powiedziałem: praca. To, co robiłem w domu, potem w harcerstwie, teraz w MW – dla innych i dla narodu.
Jest Pan honorowym dawcą krwi.
Od 18. roku życia. I dawcą szpiku.
A kiedy patrzy Pan na probówki, w których zgromadzona jest krew, w każdej taka sama, nie myśli Pan – kto ją oddał, komu zostanie przetoczona?
Nie, bo człowiek to człowiek, życie to życie. Jeżeli umierałby ktoś, kto jest innego koloru skóry, wyznania czy nawet, powiedziałbym, orientacji, moje człowieczeństwo nakazywałoby mu pomóc i tę krew przekazać.
Woodstockowiczowi też?
Na Woodstocku nigdy nie byłem.
Może gdyby Pan na własne oczy zobaczył uczestników festiwalu, to nie napisałby Pan o nich na Twitterze „podludzie”.
Widziałem filmy i zdjęcia – zachowywali się jak robaki, taplali w błocie jak zwierzęta.
Nie mają prawa bawić się tak, jak uważają za stosowne?
A ja mam prawo to oceniać.
To chyba nie po chrześcijańsku mówić, że ktoś jest „podczłowiekiem”.
Dlatego jako chrześcijanie chodzimy do spowiedzi.
A z tego się Pan wyspowiadał?
A to już moja intymna kwestia.
Wpisu Pan nie usunął.
Oj, wiele wpisów wisi, które bym chciał pokasować, ale nie mam czasu.
Można być polskim patriotą i gejem?
Wie pani, to trudne pytanie. Homoseksualizm jest czymś nienaturalnym, co dotyka człowieka na jakimś etapie jego życia.
Homoseksualizm nie jest chorobą, wyborem ani stylem życia.
Według mnie jest schorzeniem. Ale osobiście uważam, że taki człowiek też mógłby zginąć za Polskę.
Ginęli. Oddawali życie za Polskę ludzie różnych wyznań, orientacji…
No dobrze, dobrze, znamy te historie…
Dlaczego Pan się śmieje?
Wszystko można zmanipulować – mówić np., że „Rudy” był homoseksualistą.
A to by było coś złego, gdyby był?
Dla mnie? Tak.
Bo?
Bo to nienaturalne i niezdrowe dla tej osoby i dla społeczeństwa. Ale nie uważam, że należałoby tych ludzi zabijać.
A mniej drastycznie – być członkiem tej samej wspólnoty też nie należy?
To nie tak. Nasz problem z tymi ludźmi nie wynika z tego, że oni mają ten swój problem, ale z tego, że chcą, żebyśmy my ich defekt zaakceptowali i przyjęli jako normę. Na to zgody nigdy nie będzie. Bo to pierwszy krok, za nim idzie cała ideologia tolerancjonizmu, która doprowadziła do tego, co się teraz dzieje na zachód od Polski.
Co to jest tolerancjonizm?
Zachód wybrał zupełną anarchię i ideologię, która go rozbroiła, wmawiając ludziom, że wszystko jest dobre: chcesz być kobietą, chociaż się urodziłeś mężczyzną – nie ma sprawy. Chcesz zabić dziecko – twoje prawo, a aborcja to oznaka wolności kobiety. I że nie zabija się człowieka, że to tylko zlepek tkanek. Więc ja się pytam: co z tego zlepka tkanek będzie potem? Słoń? Zachód zapomniał, że są rzeczy niepodważalne.
Dla mnie to, co niepodważalne, to prawa człowieka, dla Pana – prawa boskie, prawa jednej religii?
Moja wiara zakłada, że człowiek całe życie powinien dążyć do zbawienia, a inni ludzie, inni katolicy, powinni pomagać ludziom obok siebie, nawet niewierzącym, znaleźć drogę do zbawienia.
I chce Pan narzucać swoją wizję tego, co można, a czego nie można, innym?
Jeszcze nie narzucamy.
Jeszcze...
Nie muszę narzucać komuś, żeby miał narodowe poglądy i za największe dobro uważał naród, choć tego bym chciał – pamiętając, że przed narodem tylko Bóg. Ale są sprawy fundamentalne, w których nie możemy pozwolić, by ktoś decydował o sobie wbrew boskiemu prawu i wbrew interesowi narodu. Taką sprawą jest np. aborcja.
Ci, którzy Pańskiego zdania nie podzielają, są wrogami ojczyzny?
Wrogami ojczyzny są ci, którzy prowadzą do jej moralnego zepsucia, do liberalizmu, źle pojętej tolerancji i odejścia od wartości chrześcijańskich, na których została zbudowana. Wszyscy, którzy starają się to negować, którzy starają się doprowadzić do tzw. multikulturalizmu i wymieszania wszystkich ze wszystkimi, zniesienia granic – także moralnych. Wszyscy ci, którzy na pierwszym miejscu nie stawiają interesu Polski i narodu polskiego, ale jakiś wyimaginowany europejski albo swój własny.
Bardzo ogólne słowa.
Mam nazwiskami wymieniać?
Pańscy koledzy często to robią. Spróbuję zgadnąć: np. ci, którzy popierają prawo do decydowania o przerywaniu ciąży? Zwolennicy przyjmowania uchodźców? Osoby, które są LGBT i które działają na rzecz ich praw?
Wszyscy oni działają na rzecz degrengolady moralnej społeczeństwa, a nie na rzecz ochrony praw. Oglądała pani igrzyska olimpijskie, bieg na 800 metrów i te trzy pseudopanie, które paniami raczej nie są…
Ale co to ma wspólnego z prawami osób LGBT w Polsce?
To przykład tego, do czego oni dążą. Do przywilejów, chcą sobie ugrać przywileje. Tak to się zaczyna – mniejszość krzyczy, że jest dyskryminowana, a tak naprawdę chce lepszego traktowania. Od znajomych, którzy wyjechali do Wlk. Brytanii, wiem, że tam np. dotyczy to czarnoskórych. Nie pracują tak ciężko jak my, są leniwi, ale jak pracodawca chce ich zwolnić, to zarzucają mu rasizm.
To, co Pan mówi, to właśnie rasizm: wywyższanie jednej rasy ponad inną na podstawie fałszywych uogólnień. Mniejszości nie chcą być „lepsze”, chcą być równe.
Pani w to wierzy, ja nie.
A rozmawiał Pan z kimś, kto działa np. w organizacji LGBT?
Nie, i jakoś nie chcę.
Może by się Pan dowiedział, że chcą czegoś innego, niż Panu się wydaje.
Wystarczy mi widzieć Paradę Równości i to świństwo, które tam maszeruje. Faceci poprzebierani za kobiety, pomalowani jak jakieś nabzdyczone panie z burdelu; pseudo-katolicy, którzy chcą, żeby ich Kościół zaakceptował; mężczyźni, którzy wymachują sztucznymi penisami, co to ma być? To wbrew naturze. Najpierw akceptacja dla par homo, potem adopcja, a potem usłyszymy to, co w Holandii, by zalegalizować zoofilię, albo w Szwecji – by uczyć dzieci obowiązkowo masturbacji. To chore.
Słucham Pana i myślę: to pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Zasłyszane plotki, niepotwierdzone pogłoski, między którymi istnieje wymyślony związek przyczynowo-skutkowy.
Potwierdzone. Dla nas jest jasne, że to wszystko się łączy, a państwo tego nie widzą, bo wierzą w ich dobre intencje.
Ma Pan w swoim środowisku kogoś o innej orientacji niż heteroseksualna?
Nie.
Nigdy nie chciał Pan skonfrontować swoich wyobrażeń z tym, kim oni są naprawdę?
Wystarczy mi to, co widzę i czytam. Zaczyna się od drobnych rzeczy, a potem granice przyzwoitości się zacierają, i w efekcie rodziny zostają pozbawione wpływu na to, jak wychowują dzieci, bo jakaś ideologia i organizacje, które wcielają ją w życie, uważają, że zrobią to lepiej.
Pańska organizacja też uważa, że ma monopol na prawdę.
Nie można wszystkim na wszystko pozwalać w stylu „róbta co chceta”. Trzeba stawiać granice, żeby mieć w życiu jakieś punkty stałe, wartości, żeby wiedzieć, do czego się odwołać. A odwołać się można tylko do tego, co nas ukształtowało: wiara i historia.
Ma Pan rodzeństwo?
Trójkę.
A jeśli brat powiedziałby, że jest gejem?
Argumenty ad personam są bardzo słabe.
Chciałabym nadać sprawom, o których Pan ma tak mocne poglądy, jakąś twarz.
Na to pytanie nie odpowiem. To intymna sprawa i nie chcę, żeby ktoś w nią ingerował.
Ja nie chcę, żeby Pan ingerował w moje. Pytałam po prostu, co by Pan poczuł.
Nie powiem, że się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ale mam takie szczęście, że zostaliśmy wszyscy dobrze wychowani przez naszych rodziców.
To znaczy, że ktoś, kto jest homoseksualistą, jest nim dlatego, że został źle wychowany?
Tak uważam.
Był Pan na Światowych Dniach Młodzieży. Jak Pan odebrał to, co papież mówił o uchodźcach?
Jesteśmy zawiedzeni. On mówi tylko to, co nakazuje wiara, ale według nas nie do końca bierze pod uwagę zasadę ordo caritatis, czyli porządek miłości, mówiącą o tym, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę i kraj, a potem o resztę. Poza tym to, co głosi papież, to jego nauka społeczna – pocieszamy się, że nieomylność dotyczy tylko kwestii wiary. W pozostałych, jak każdy człowiek, może się mylić.
Studiuje Pan na UW…
Kończę licencjat.
…Myśli Pan o tym, co organizacja, do której dziedzictwa odwołuje się ta, do której Pan należy, robiła w latach 30.?
Proszę pani, w latach 30. na ulicach jedni strzelali do drugich. Bojówki komunistyczne zresztą…
Pytam też o numerus clausus i getto ławkowe.
Jestem w stanie zrozumieć, że dla Polaków liczna mniejszość żydowska na uniwersytetach to był problem. Że dostawała wiele przywilejów, a zdolni Polacy nie.
Nie dostawała przywilejów – miała zagwarantowaną w konstytucji marcowej równość praw, w tym do studiowania.
Mogli sobie na to pozwolić ze względu na dobre usytuowanie, a Polacy nie.
Według spisu powszechnego z 1931 r. nieliczni Żydzi byli właścicielami majątków ziemskich. Prawie 70 proc. utrzymywało się z drobnego handlu i rzemiosła. Niewielu pracowało w przemyśle, zaledwie 2,6 proc. w administracji. Żydowscy studenci w międzywojniu wywodzili się z różnych warstw społecznych. Mówi Pan, że bicie brało się z tego, że byli na uniwersytetach, bo było ich stać, a polskich studentów nie i odpowiedzią była przemoc? Studenci żydowscy stanowili 20-25 proc. studentów. Czyli mniejszość.
Ta liczba rosła i nie dziwię się, że Polacy się buntowali i chcieli w swoim kraju mieć większy dostęp do szkolnictwa wyższego.
A Żydzi nie byli we własnym kraju?
Ale to dalej byli Żydzi. Mieli obywatelstwo polskie, ale do polskości za bardzo się nie poczuwali.
Skąd Pan to wie?
Dla nich przede wszystkim, zresztą do tej pory tak jest, najważniejszym punktem odniesienia była przynależność do społeczności żydowskiej.
Nie słyszał Pan o asymilacji? O Żydach-patriotach? O tych, którzy służyli w Wojsku Polskim?
To nie zmienia postaci rzeczy, że Polacy chcieli, żeby w ich kraju to jednak rodacy mieli dostęp do tego, co im się należy.
I pałka i pięści były do tego środkiem?
W tamtych czasach tak rozwiązywało się te sprawy. Teraz tak nie jest. Nikt z czystej nienawiści nie chce mordować kogoś – np. Żyda – tylko dlatego, że jest Żydem. Ludzie sobie tak mogą krzyczeć albo pisać w sieci, ale to się nie przełoży na czyny raczej.
Raczej?
Raczej. I tyle.
Nie uspokaja mnie ta deklaracja.
Dopóki te grupy nie stanowią zagrożenia dla Polski, dopóty nie mają się czego bać.
Jaka byłaby Polska, której Pan chce?
Wielka i katolicka. Miałaby się opierać na dobrze zorganizowanym narodzie, gotowym do wspólnego wysiłku na rzecz budowy swojej ojczyzny. Miałaby silną armię i gospodarkę, byłaby silna swoim narodem, dobrze wykształconym, pracowitym, wyszkolonym, by bronić ojczyzny, kiedy jest taka potrzeba, ale też dbać o nią na co dzień, np. płacąc podatki, będąc nieobojętnym na to, że komuś obok dzieje się krzywda. Ta Polska opierałaby się na wartościach chrześcijańskich, poszanowaniu dla życia ludzkiego i rodziny jako podstawowej komórki narodu. Na gotowości do ofiarowania życia za ojczyznę i na zdolności do poświęceń, jeżeli tego akurat będzie wymagała sytuacja.
A co z osobami innego wyznania? Z ateistami?
Nie każemy im zmieniać wiary, możemy nauczać, przekonywać, zachęcać, ewangelizować. Potem po śmierci każdego człowieka Bóg ze wszystkiego rozlicza. Ale taki ktoś musi szanować i przestrzegać naszych zasad.
A co z mniejszościami etnicznymi? Są częścią tej wspólnoty czy nie?
No, nikt Ślązaków np. nie wykluczył, nikt nie wykluczy też społeczności tatarskiej.
A żydowskiej? Wietnamskiej?
Roman Dmowski powiedział, że Polakiem może być ten, kto na pierwszym miejscu stawia interes i dobro narodu polskiego. Jeżeli to jest dla niego punkt odniesienia, to wtedy może określać się Polakiem.
Jak wyglądałby ład międzynarodowy, gdyby każde państwo przyjęło taką filozofię?
Nacjonalizm nie jest szowinizmem. Jest stawianiem na pierwszym miejscu swojego narodu. W stosunkach międzynarodowych to wygląda trochę inaczej. Można tak prowadzić politykę zagraniczną, by o tym pamiętać, ale też prowadzić interesy z innymi.
Mam na myśli co innego: jaki kraj umiał prowadzić politykę, w której na pierwszym miejscu byłby interes narodu, nie wchodząc w konflikty zbrojne z innym państwem o takiej filozofii. Zna Pan takie przypadki?
Myślę, że to da się pogodzić, zawsze powtarzam: trzeba prowadzić dialog i czasem iść na ustępstwa.
Czyli np. oddać Niemcom, gdyby chcieli, Wrocław?
Nie, absolutnie.
Dlaczego, przecież to jest ich interes narodowy, ich ziemia?
Naszym interesem narodowym powinno być odebranie Wilna i Lwowa, Brześcia itd., ale przecież nikt tego teraz nie podniesie. Choć trzeba też pamiętać: granice nie są dane raz na zawsze, tyle lat pokoju nie znaczy, że wojna kiedyś nie wróci.
Młodzież Wszechpolska włączy się w Obronę Terytorialną?
Wielu kolegów już w niej działa, są też w Strzelcu czy innych organizacjach. Wielu służy w wojsku jako żołnierze zawodowi i jako oficerowie. Do MW należą naprawdę różni ludzie, są osoby, które pracują na uczelniach, prawnicy, lekarze, rolnicy. Wszyscy, którym zależy na dobru kraju.
A co to jest patriotyzm?
Odróżniamy patriotyzm od nacjonalizmu. Patriotyzm jest czymś chwilowym, pewnego rodzaju uniesieniem, emocją, która wykwita, kiedy sprzyjają ku temu warunki. Nacjonalizm jest stanem trwałym i przekłada się na rzeczywistą pracę, którą dana osoba wykonuje na rzecz narodu.
Można być polskim patriotą, jeśli ma się skórę inną niż białą?
Przyznam szczerze, że ja nad tą kwestią się nigdy nie zastanawiałem, bo wchodzi tu jeszcze pojęcie rasy. Naród polski jest rasą białą. Ale jeżeli ktoś innego koloru skóry poczuwa się do tego i np. byłby w stanie oddać życie za Polskę, to myślę, że nie moglibyśmy mu odmówić prawa do bycia patriotą.
Tylko przelewając krew udowodniłby swoje poświęcenie? Nie może tego dowieść w warunkach pokoju? Ale dobrze, zostańmy przy krwi. Czy honorowy dawca zasłużyłby swoim poświęceniem?
Jeżeli ktoś innego wyznania lub koloru skóry oddaje krew, to mógłbym przyjąć, gdybym potrzebował. Ale jak on oddaje tę krew, to nikt z nas nie wie, komu ona zostanie podana… no to jest trochę co innego, niż zginąć, zasłaniając kogoś piersią.
Ta jednorodność, o której Pan wcześniej mówił, nigdy tu nie istniała. Historia Polski to historia różnorodności – kultur, języków, religii, grup etnicznych. Ras również.
Nie istniała do końca, ale Polska przez swoje zdrowe podejście zachowała jednolitość, chociaż różni ludzie się tu przewijali.
Nie przewijali się: żyli tutaj. A jednorodność „udała się” z powodu wojny i jej następstw.
Różnorodność przed wojną przysparzała wielu problemów, konflikty były duże, a jednak nie było u nas nocy kryształowej.
Ale były pogromy.
Bez przesady. Nie da się tego porównać do sytuacji w Niemczech. W historii każdego narodu zdarzają się sytuacje, z których nie jest się dumnym, ale powtarzam – takie były czasy i widocznie tak trzeba było.
A jest coś w Polsce po 1989 r., z czego jest Pan dumny?
Na pewno z tego, że w ostatnich latach obudziła się świadomość narodowa, coraz mniej ludzi zapatrzonych jest w Zachód, a zaczyna widzieć wartość tego, co polskie. Ale też dostrzega swoje wady i z nimi walczy.
Jakie są te wady narodowe?
Bezczynność chociażby, brak zaangażowania społecznego, np. to, że ludzie nie poczuwają się do tego, żeby iść głosować.
Ja również uważam, że udział w wyborach jest patriotycznym obowiązkiem. Tylko że dla mnie poza tym to poczucie wspólnoty z tymi, którzy tu żyją, i pamięć o tych, którzy żyli tu w przeszłości. To praca na jej rzecz, materialna i symboliczna. To szacunek dla demokracji, opartej na równości wszystkich obywateli. A Pan powiedział, że podpisałby się pod słowami swojego szefa, że „liberalna demokracja to nowotwór”.
Tak.
To co zamiast liberalnej demokracji?
Narodowa.
To znaczy?
Demokracja, w której rzeczywistym odnośnikiem jest naród i wola narodu, a nie poddawanie się, uginanie kolan przed wszelakimi mniejszościami. Macie żyć tak, jak my żyjemy.
„My” – chcą Państwo decydować o tym, kogo do wspólnoty można zaliczyć. Ja uważam, że „my” to też koleżanka lesbijka, i kolega, który jest Żydem, i Wietnamczyk, i ateista…
I oni wszyscy powinni się dostosować do prawa i zwyczajów, jakie tu funkcjonują.
Myślę, że to musiałoby być dla Pana bardzo trudne, gdyby się Pan zakochał w osobie, która nie pasuje do wzoru.
Nie grozi mi to. Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Nigdy nie czułem zauroczenia w stosunku do kogoś o innym kolorze skóry czy wyznaniu. I raczej mnie to nie dotknie.
Jest Pan szczęśliwym człowiekiem?
Tak.
A co sprawia, że może Pan tak o sobie powiedzieć?
To, co robię, jakie wiodę życie, daje mi to poczucie: że służę w życiu tak, jak najlepiej potrafię.
A we mnie, jeśli miałabym uosabiać „tamtą stronę”, co Pana najbardziej wkurza?
Wolność słowa. A raczej to, że uznaliście, że macie na nią wyłączność i możecie decydować, co ludzie mają prawo myśleć i mówić.
Przecież Państwo mówicie swoje. Nam chodzi o granicę – jest nią artykuł 13 konstytucji.
Nie znam jej na pamięć.
„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
My nie nawołujemy do przemocy, mówiłem pani – tamte hasła to tylko przypomnienie historycznych kontekstów.
Ataki na Romów, obcokrajowców w Białymstoku, palenie kukły Żyda też mają historyczny kontekst?
Jakieś ataki, jeśli się zdarzają…
Sytuacje, o których mówię, miały i mają miejsce.
…jeśli się zdarzają, to marginalnie.
Przemoc to rozwiązanie?
Niektórzy sądzą, że tak.
A Pan?
Czasem jest konieczna – kiedy ludzie czują się zagrożeni, państwo nie zapewnia im bezpieczeństwa, a sytuacja skłania do takich aktów.
Według mnie kreuje ją Państwa retoryka: wskazywanie wrogów ojczyzny, z którymi trzeba walczyć.
Ale gdybyśmy o tym nie mówili, wy mówilibyście: wszyscy są naszymi przyjaciółmi. A nie wszyscy są, nie można stracić czujności. Trzeba mieć bezpiecznik, są nimi organizacje narodowe, które mówią głośno to, czego inni boją się powiedzieć.
Właśnie to mnie w Państwa wizji świata przeraża – wrogość i nieufność, na których się opiera ten ład. Zostanę więc pewnie nadal wrogiem ojczyzny, jak pisali do mnie ludzie, którzy sami siebie nazywają narodowcami.
Dla nas postawy, które pani wyznaje, szkodzą Polsce i Polakom.
Wyklucza mnie Pan w ten sposób ze wspólnoty, której czuję się członkinią.
No dobrze, ale nikt pani przecież nie każe wyjeżdżać.
Mam tylko dostosować się do Waszych reguł?
Do zasad, które uznajemy za słuszne, i które są słuszne.
A na początku rozmowy próbował mnie Pan przekonać, że byłoby tu i dla mnie miejsce.
Wystarczy się dostosować – a będzie. ©
Sauce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/macie-zyc-tak-jak-my-zyjemy-35214
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.19 10:37 ben13022 Wróg Korfanty

Dla marszałka Piłsudskiego i sanacji był wyjątkowo obmierzłym wrogiem. W lipcu 1939 r. na wieść, że w każdej chwili może umrzeć, sędzia kazał wypuścić go z więzienia. Wojciech Korfanty, bohater i idol tysięcy Ślązaków, miał to szczęście, że umarł dwa tygodnie przed wybuchem wojny i nie zobaczył upadku II Rzeczypospolitej Dwudziestego sierpnia na pogrzeb Korfantego przyszło pół Górnego Śląska - gazety pisały, że gdy po kilku godzinach wędrówki ulicami Katowic kondukt dotarł wreszcie do bram cmentarza, niektórzy żałobnicy dopiero ruszali spod kościoła. Żegnało go kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale nie sanacyjny wojewoda Michał Grażyński, który nie tylko ostentacyjnie wyjechał z miasta, ale jeszcze zakazał urzędnikom udziału w ostatniej drodze Korfantego.
Ci dwaj znali się i nienawidzili od blisko 20 lat, od trzeciego powstania śląskiego. Czasami trudno było uwierzyć, że walczyli wtedy po jednej stronie.
Po dwóch pierwszych powstaniach (1919 i 1920), które wybuchły spontanicznie i zgasły po kilku dniach, w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. zaczęło się trzecie. I zaskoczyło Niemców. Bo tym razem zamiast zbieraniny źle uzbrojonych cywilów zobaczyli karne oddziały podzielone na trzy grupy wojsk. Powstańcy mieli pociągi i samochody pancerne, wywiad, szpitale polowe. Niemcy podejrzewali, że uzbrojenie i dowódców przysłała Warszawa, i dlatego mówili o powstaniu polskim. Uważali też, że wywołał je Korfanty.
Tymczasem był on przeciwnikiem walki i unikał jej tak długo, jak mógł, bo wierzył, że los Górnego Śląska rozstrzygnie się przy stole rokowań, a nie na polu bitwy. Korfanty, starszy o całe pokolenie od większości powstańców, był politykiem, nie żołnierzem.
W księgach parafialnych w kościele w Siemianowicach ksiądz zapisał go 23 kwietnia 1873 r. jako Alberta, co jest zdrobniałą formą niemieckiego imienia Adalbert. W domu, gdzie mówiło się śląską gwarą, nazywali go Wojtkiem albo Wojciechem, ale Polakiem zrobili go dopiero niemieccy nauczyciele w gimnazjum w Katowicach. - Tak długo zohydzali wszystko, co polskie, że w końcu postanowiłem dowiedzieć się czegoś o tych Polakach - opowiadał po latach.
Tuż przed maturą wyleciał ze szkoły za zorganizowanie polskiego koła samokształceniowego - czytali z kolegami Sienkiewicza. Na szczęście sprawę opisały gazety, a Józef Kościelski, Wielkopolanin i przewodniczący koła polskiego w Reichstagu, niemieckim parlamencie, postanowił pomóc młodemu Ślązakowi. Dzięki niemu Korfanty pod koniec 1895 r. przyjeżdża jako wolny słuchacz na politechnikę w Berlinie, zdaje maturę, a potem zaczyna studiować prawo, ekonomię i filozofię na wrocławskim uniwersytecie.
I zaczyna też politykować - na początek przystępuje do Zetu - Związku Młodzieży Polskiej "Zet", organizacji stworzonej przez działaczy Narodowej Demokracji, poznaje Romana Dmowskiego. W 1898 r. po raz pierwszy jest w Warszawie - przyjeżdża na odsłonięcie pomnika Mickiewicza. Po latach wspominał, że pokazywano go tam palcami jak jakieś dziwadło - że Polak, choć ze Śląska.
Wykorzystując znajomości wśród działaczy endecji, zaraz po ukończeniu studiów w 1901 r. zakłada w Katowicach gazetę "Górnoślązak". Pisze ostro i dosadnie, co się podoba - pismo rozchodzi się na pniu. Ale pruskie władze szybko umieszczają go na liście wichrzycieli i na początku 1902 r. sąd skazuje go na cztery miesiące więzienia za wzniecanie nienawiści narodowej.
Proces, tak jak wcześniej wyrzucenie z gimnazjum, tylko pomaga - Korfanty zyskuje sławę męczennika za polską sprawę i gdy 31 maja 1902 r. wychodzi z więzienia we Wronkach, przed bramą czeka tłum. Rok później zdobywa już mandat poselski do Reichstagu.
Dla wrocławskiego kardynała Georga Koppa Korfanty w Reichstagu to obraza boska. Nie dość, że bezczelny Polak wyśmiewa księży, to jeszcze zabiera mandat w okręgu zdominowanym dotąd przez katolicką partię Zentrum. Kopp pisze list pasterski przeciwko Korfantemu i każe go odczytać z ambon w całej diecezji - skutek jest taki, że popularność Korfantego wśród Polaków znów rośnie.
Gdy jednak na początku lipca 1903 r., chwilę po wygraniu wyborów do Reichstagu, chce się żenić, proboszcz parafii w Bytomiu, skąd pochodziła narzeczona, mówi mu: Albo przeprosisz za ataki na księży, albo ślubu nie będzie.
Korfanty domyśla się, że to robota kardynała Koppa, i jedzie do Krakowa. Tam kardynał Jan Puzyna początkowo nie zamierza dać zgody na ślub kościelny Ślązaka, ale w końcu się zgadza. Niech się żeni, będę miał o jednego wroga mniej - powiedział podobno Puzyna i w kościele św. Krzyża Korfanty wreszcie staje przed ołtarzem.
Czy w tym czasie spotkał już młodszego o 17 lat Grażyńskiego, który od 1901 r. uczęszcza do krakowskiego gimnazjum św. Anny?
Różniło ich bardzo wiele. Korfanty do polskości dochodził sam i na przekór niemieckiemu w większości otoczeniu. Urodzony we wsi pod Myślenicami Grażyński od dziecka miał kontakt z polską książką i polskimi nauczycielami. Podobnie jak Korfanty jeszcze w trakcie studiów (historia na UJ) zainteresował się polityką, ale poszedł nie za Dmowskim, lecz za Józefem Piłsudskim. I tak jak przyszły marszałek fascynował się walką zbrojną i kultywował pamięć o powstaniu styczniowym. Gdy przyjedzie na Górny Śląsk do powstania, obierze pseudonim "Borelowski", na pamiątkę po słynnym, poległym w 1863 r. pułkowniku Marcinie Borelowskim. o Pierwszej Kompanii Kadrowej ani do Legionów się nie załapał - zaraz po wybuchu wojny światowej zostaje wcielony do austriackiego wojska, ale z frontu wraca szybko z powodu rany brzucha. Gdy w listopadzie 1918 r. tworzy się polskie wojsko, Grażyński zgłasza się do krakowskiego dowództwa i w stopniu kapitana zostaje referentem oświatowym.
Ale mierzy znacznie wyżej. Na początku 1920 r. wywiad wysyła go na Spisz i Orawę, aby zachęcał miejscowych do głosowania w plebiscycie na Polskę. Gdy prawie całe sporne terytorium zwycięskie mocarstwa przyłączają do Czechosłowacji, rozgoryczony Grażyński dochodzi do wniosku, że o swoje trzeba walczyć zbrojnie, a nie w gabinetach dyplomatów.
Grażyńskiego "Borelowskiego" polski wywiad wysyła na Górny Śląsk. Ma pomagać Korfantemu.
Od początku 1920 r. Korfanty stoi na czele Polskiego Komisariatu Plebiscytowego, namiastki polskiej władzy na spornym Górnym Śląsku. Siedzibę komisariat ma w zdominowanym przez Niemców Bytomiu, co oznacza dla tego "polskiego rządu" wiele niebezpieczeństw. Raz Korfanty zostaje zaatakowany przez demonstrantów i z kilkoma współpracownikami musi uciekać na dach biura, skąd ostrzeliwuje się, dopóki nie nadchodzi odsiecz.
Niemcy nazywają go die blonde Bestie i śpiewają o nim złośliwe piosenki. Swoi go uwielbiają. Wspaniale przemawia - w zależności od audytorium mówi literacką polszczyzną, wtrącając anegdoty i złośliwości, a kiedy trzeba, godo po śląsku.
Po jednym z wieców kobiety zarzucają mu na ramiona girlandy kwiatów, a w sali Neue Welt w Gliwicach noszą na rękach. Niewiele sobie robi z Niemców, którzy wyznaczają za jego głowę 4 mln marek - na wiece dalej jeździ odkrytym fordem i tylko czasami zmienia trasy przejazdu.
Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w Warszawie byli politycy, którzy liczyli na to, że na Górnym Śląsku mocarstwa przyznają Polsce obszar sięgający Odry. Życzliwa temu była Francja, której zależało na osłabieniu Niemiec. Ale brytyjski premier David Lloyd George chciał zachować równowagę sił na kontynencie i w końcu postawił na swoim - o tym, komu przypadnie Górny Śląsk (i inne sporne terytoria), miały zdecydować plebiscyty mieszkańców.
Zadaniem Korfantego, którego po cichu finansowo i organizacyjne wspiera polski rząd, jest kierowanie agitacją wśród Górnoślązaków, aby jak najwięcej z nich głosowało za Polską.
Żeby nie dopuścić do zastraszania ludności, alianci nakazali Niemcom wycofanie administracji, wojska i policji z Górnego Śląska; porządku ma pilnować Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa złożona z przedstawicieli Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii. Komisarzom w poszczególnych miejscowościach podlega mieszana polsko-niemiecka policja oraz żołnierze przysłani przez Paryż, Rzym i Londyn.
Problem w tym, że jest ich za mało (tylko 20 tys., głównie Francuzów), żeby mogli zapanować nad dwumilionowym regionem. Na dodatek, choć siły rozjemcze miały być neutralne, to wikłały się w konflikty między polskimi i niemieckimi oddziałami samoobrony. Drugie powstanie śląskie zaczęło się od ostrzelania niemieckich demonstrantów w Katowicach przez żołnierzy francuskich strzegących własnej siedziby. W odpowiedzi rozjuszony tłum zlinczował polskiego lekarza zdążającego z pomocą rannym - nie dość, że Francuzi mu nie pomogli, to jeszcze nie zapobiegli wielogodzinnym zamieszkom.
Jeszcze goręcej było po plebiscycie, który odbył się 20 marca 1921 r. Przy prawie stuprocentowej frekwencji większość opowiedziała się za pozostawieniem Górnego Śląska w granicach Niemiec, ale każda strona interpretowała wyniki po swojemu. Niemcy żądali całego regionu, Polacy chcieli przynajmniej wschodniej, najbardziej uprzemysłowionej części. Gazety polskie i niemieckie miały swój udział w podsycaniu konfliktu: straszyły nowym powstaniem i wyolbrzymiały najdrobniejsze incydenty.
W tej sytuacji Korfanty stawia wszystko na jedną kartę. Widzi, że jeśli sam nie ogłosi powstania, to może wybuchnąć spontanicznie, tak jak poprzednie. I w nocy z 29 na 30 kwietnia 1921 r. w pałacyku niedaleko Lublińca spotyka się z Danielem Kęszyckim, konsulem reprezentującym polski rząd przy komisji międzysojuszniczej. Nad ranem zapada decyzja: trzeba walczyć. Byleby tylko znaleźć dobry pretekst.
Dostarcza go kilka warszawskich gazet, które 1 maja donoszą o spotkaniu niemieckich przemysłowców w hotelu Klemens przy ulicy Młyńskiej w Katowicach. Podobno ustalili oni, że zniszczą kopalnie i huty na terenie, który zostanie przyłączony do Polski.
Wiadomość brzmi wiarygodnie, bo miejsce rzekomej narady rzeczywiście często odwiedzali niemieccy aktywiści. Zgadzają się też nazwiska i nazwy firm. Korfanty, powołując się na te doniesienia, ogłasza powstanie.
Mało kto zwraca uwagę, że rzekomi uczestnicy narady w hotelu Klemensa wszystko dementują. Zresztą kto by czytał sprostowania - jest już 3 maja, a powstańcy od kilku godzin są w drodze na pozycje.
Niemcy dali się zaskoczyć, bo uznali, że chodzi tylko o manifestacje z okazji rocznicy Konstytucji 3 maja. Zanim z głębi Rzeszy przyjadą niemieckie bojówki (regularnych wojsk żadna ze stron nie odważy się przysłać z obawy przed wybuchem wojny), w rękach powstańców są już tereny aż po Odrę. Wyjątkiem są miejscowości, w których stacjonują alianckie wojska - te powstańcy tylko blokują.
Korfanty dowodzi ze swojej kwatery w Szopienicach, kilka kilometrów od centrum Katowic.
W ostatnich dniach maja Niemcy odzyskują stracony teren, a pozycja Korfantego słabnie; od początku zresztą traktował on powstanie jako demonstrację mającą skłonić mocarstwa do uwzględnienia polskich postulatów. Ale rozgrzani początkowym powodzeniem powstańcy nie chcą wracać do domu. Wzdłuż Odry i pod Górą św. Anny czeka na rozkazy od 30 do nawet 50 tys. ludzi.
Tymczasem Grażyński, który przyjechał na Śląsk kilka miesięcy wcześniej, zdążył już wyrobić sobie na tyle silną pozycję, że postanawia rzucić wyzwanie Korfantemu. Z Bielszowic, gdzie stacjonuje, wysyła do Szopienic Karola Grzesika, człowieka, który jest jego marionetką. Grzesik prosi Korfantego, by ogłosił go wodzem powstania. Ten odpowiada wymijająco ("Czy pan, kapitanie, sobie poradzi?"), Grzesik uważa, to za zgodę i ogłasza się wodzem. Wtedy Korfanty każe go aresztować i kilka dni później Grzesik, Grażyński i kilku innych zamieszanych w sprawę staje przed sądem polowym za bunt.
Na polecenie Warszawy powstanie się kończy, a sprawie w sądzie zostaje ukręcony łeb, ale i tak tego upokorzenia Grażyński Korfantemu już nigdy nie daruje.
Rok po trzecim powstaniu Polska otrzymuje od mocarstw przemysłową część Górnego Śląska, a 18 czerwca 1922 r., dwa dni przed wkroczeniem do Katowic wojska polskiego, zdominowany przez chadeków i endeków Sejm proponuje Korfantego na premiera.
Nic jednak z tego nie wyjdzie, bo naczelnik państwa Józef Piłsudski nie zamierza się zgodzić na rząd prawicy. Nie podpisuje nominacji Korfantego i grozi dymisją, w razie gdyby prawica nie zrezygnowała z forsowania tego kandydata. W tej sytuacji niedawny wódz śląskiego powstania zadowala się mandatem posła - odrzuca propozycję bycia wojewodą, to za mało jak na jego aspiracje.
Z Piłsudskim poróżnił się już przy ich pierwszym spotkaniu w listopadzie 1918 r. - podobno poszło o to, że Korfanty oponował przeciwko wyznaczeniu na premiera Jędrzeja Moraczewskiego, bo sam miał ochotę na to stanowisko.
Ale ważniejsze chyba okazały się różnice charakterów. Pochodzący z Kresów Wschodnich Piłsudski nie potrafił znaleźć wspólnego języka z wychowanym na Zachodzie Korfantym. Chodzący w glorii polityka, który Górny Śląsk przywrócił macierzy, rychło miał słono zapłacić za to, że skłócił się z najpotężniejszym człowiekiem w Polsce.
Podczas przewrotu majowego Korfanty stanął po stronie rządu i chciał nawet wysyłać mu na pomoc przeciwko Piłsudskiemu śląskie pułki i policję. Nic z tego nie wyszło, ale takich rzeczy Marszałek nie zapominał.
Wkrótce zwycięski Piłsudski przysyła do Katowic nowego wojewodę. To Michał Grażyński, który z miejsca otacza się ludźmi, którzy podczas powstania stanęli po jego stronie. Karol Grzesik zostaje prezydentem Chorzowa i marszałkiem Sejmu Śląskiego, a Grażyński w 10. rocznicę trzeciego powstania pisze książkę "Walka o Śląsk" - w tej wersji to on jest na pierwszym planie.
Zirytowany Korfanty odpowiada serią artykułów w wydawanej przez siebie "Polonii" i stara się wersję rywala zdewaluować. Sanacja wytyka mu, że brał pieniądze od Związku Niemieckich Przemysłowców i dopuścił się matactw przy płaceniu podatków.
Dopóki chroni go immunitet poselski, może sobie z tego nic nie robić, ale 26 września 1930 r. prezydent Ignacy Mościcki rozwiązuje Sejm Śląski i jeszcze tego samego wieczoru pod willę Korfantego przy ulicy Powstańców w Katowicach przyjeżdża policja. Wiozą go do twierdzy w Brześciu, a "Polska Zachodnia", gazeta sanacji na Śląsku, na pierwszej stronie ogłasza: Pan Korfanty wreszcie pod kluczem.
Zarzuty wyglądają absurdalnie: Korfanty miał narazić Bank Śląski na stratę 20 tys. zł i fałszować weksle. Ale władzy nie zależy na zachowaniu nawet pozorów praworządności. - Nie potwierdzą się te, to znajdziemy sto innych zarzutów - mówi Korfantemu prokurator.
W Brześciu, gdzie marszałek Piłsudski kazał wsadzić wielu polityków opozycji, siedzi w jednej celi m.in. z socjalistą Hermanem Liebermanem. Sam nigdy nie mówił o tym, co przeżył, ale rodzina zapamiętała, że gdy po dwóch miesiącach został wypuszczony, stracił na wadze 25 kg. Nie miał do czynienia z osławionym pułkownikiem Wacławem Kostkiem-Biernackim, komendantem twierdzy. Współwięźniowie, m.in. Wincenty Witos i Karol Popiel, opowiadali, że nad Korfantym znęcał się kapitan Kazimierz Kaciukiewicz. Któregoś razu bił go po głowie i wykrzykiwał, że to nie on, ale Piłsudski będzie rządzić w Polsce.
I znowu, jak ćwierć wieku wcześniej więzienie we Wronkach, pobyt za kratami pomógł jego reputacji. W wyborach 1930 r. kandyduje do Sejmu, Senatu oraz Sejmu Śląskiego (na co pozwalała ordynacja) i odnosi potrójne zwycięstwo. Znów chroni go immunitet poselski i władze postanawiają go wypuścić. Nie będzie też oskarżonym podczas tzw. procesu brzeskiego.
Przez pięć lat miał spokój, ale gdy na początku kwietnia 1935 r. Sejm Śląski został rozwiązany, prokuratura wystąpiła z nowymi zarzutami: Korfanty miał oszukać Górnośląski Związek Przemysłowców na 19,5 tys. zł.
Tym razem nie czeka na policję. Uprzedzony o jej zamiarach 6 kwietnia jedzie z synem do Cieszyna, gdzie przekracza granicę polsko-czechosłowacką. Przez chwilę łudzi się, że po śmierci Piłsudskiego w maju 1935 r. władza pozwoli mu wrócić, ale to próżne nadzieje. Nawet gdy pozostawiony w Polsce najmłodszy syn Witold ciężko zachorował (a potem zmarł), Korfanty został uprzedzony, że będzie zatrzymany, jak tylko przekroczy granicę.
Po wkroczeniu Niemców do Pragi w marcu 1939 r. chroni się w ambasadzie Francji, a potem pod fałszywym nazwiskiem jedzie do Paryża samochodem jednego z dyplomatów. Idzie do polskiego konsulatu, ale rezygnuje ze starań o paszport, bo widzi, że konsulem jest oficer, którego spotkał w Brześciu. Z dokumentami na nazwisko Alberta Martina, obywatela Francji, leci do Kopenhagi, gdzie wsiada na statek do Gdyni. Tam czeka rodzina i garstka najbliższych przyjaciół.
Do Katowic przyjeżdża nocą. Idzie do prokuratury, mówi, że w obliczu zbliżającej się wojny nie mogło go zabraknąć w kraju, że dawne spory muszą odejść w niepamięć. Władze mają inne zdanie - z poleceniem zatrzymania Korfantego dzwoni do Katowic minister sprawiedliwości. 29 kwietnia 1939 r., nazajutrz po przyjeździe do Katowic, zostaje zabrany do Warszawy, o czym jako pierwsza informuje niemiecka radiostacja w Gliwicach.
Kierowane do premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego apele o uwolnienie Korfantego pozostają bez odpowiedzi. Z warszawskiego więzienia przy Pawiej Korfanty już nie wychodzi o własnych siłach - 20 lipca ciężko chorego polityka karetka przewozi do szpitala św. Józefa przy Hożej.
Gdy lekarze orzekają, że Korfanty w każdej chwili może umrzeć, sędzia śledczy Jan Demant podpisuje nakaz zwolnienia. Operujący go doktor Bolesław Szarecki rozpoznaje poważne uszkodzenie wątroby; ulica spekuluje, że to od oparów arszeniku, którymi rzekomo ktoś nasączył ściany jego celi.
Na ratunek jest już za późno. - No i widzi pan, jak mi Polska zapłaciła - zapamiętał ostatnie słowa Korfantego pisarz Juliusz Żuławski.
Umiera 17 sierpnia 1939 r. Trzy dni później żegnają go Katowice. Za trumną idą dziesiątki tysięcy ludzi, ale nie Grażyński.
2 września, gdy Wehrmacht podchodzi pod Katowice, wojewoda Grażyński wyjeżdża do Warszawy, a stamtąd przez Kuty do Rumunii i Francji. W czerwcu 1940 r. po klęsce Francji dociera do Londynu, gdzie obwinia premiera i naczelnego wodza generała Władysława Sikorskiego o to, że tak niewielu Polakom udało przedostać się do Wielkiej Brytanii. Wkrótce potem Grażyński wraz z innymi sanacyjnymi działaczami trafia do stworzonego na polecenie Sikorskiego obozu karnego na szkockiej wyspie Bute, znanej wśród Polaków jako Wyspa Węży - były wojewoda opuści ją po trzech latach.
Do Polski już nie wróci i wiele lat przebieduje w Anglii, zmagając się z chorobą Parkinsona. 10 grudnia 1965 r. w Londynie, nie zauważył nadjeżdżającej ciężarówki i zginął pod jej kołami.
Byłby może zadowolony, gdyby mógł zobaczyć stojący przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach pomnik Piłsudskiego, który zamówił w czasach, gdy był wojewodą, ale nie doczekał się jego wykonania. Z drugiej strony urzędu na postumencie stoi Korfanty. Na pomnik Grażyńskiego zabrakło miejsca.
Źródło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,132520,13847202,Wrog_Korfanty.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.05 13:09 ben13022 O co walczy Adam Bodnar? (Rzecznik Praw Obywatelskich)

Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku" Lato 2015 roku. Płk Krzysztof Olkowicz dopiero co wyszedł spod pręgierza. Sąd uznał, że złamał prawo, bo jako szef Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Koszalinie zlitował się nad schizofrenikiem i zapłacił za niego 100 złotych grzywny, by mógł wyjść z aresztu, gdzie trafił za kradzież batonika. Olkowicz wie, że wyrok, choć publicznie uznany za farsę, kończy jego karierę w służbie publicznej.
Dzwoni do niego Adam Bodnar, którego Sejm głosami Platformy i SLD wybrał właśnie na rzecznika praw obywatelskich. - Przyjmie pan stanowisko mojego zastępcy?
Olkowicza zatkało. Zgodził się bez wahania. Siedzi przed telewizorem, ogląda przesłuchanie Bodnara w Senacie, które ma rozstrzygnąć jego losy. Jeden z senatorów PiS pyta Bodnara, czy jest osobą wierzącą.
To koniec, myśli wtedy Olkowicz, tego mu nie darują. Przeciwko głosuje klub PiS, atmosfera napięta, bo również senatorzy Platformy kręcą nosem, że Bodnar zbyt lewicowy, nie unika tematów aborcji, praw osób homoseksualnych, adopcji przez nich dzieci, in vitro. Jego kandydatura przechodzi dwoma głosami.
Olkowicz dostaje od Bodnara zadanie: sprawdzić jakość życia skazanych, w tym chorych psychicznie. Znajduje prawie sto przypadków jak ten: we Wronkach siedzi niepełnosprawny psychicznie, ojciec trójki niepełnosprawnych dzieci, mąż niepełnosprawnej żony. Groził sąsiadowi, kryminaliście, poszedł siedzieć na cztery miesiące. Olkowicz interweniuje, czeka na decyzję sądu.
Znajduje też kuriozalne sprawy. W więzieniu siedzi 82-latek. Jechał po pijanemu rowerem. Olkowicz odwiedza go za kratami, widzi dziadka, który płacze: wypił piwo, jechał rowerem, dostał grzywnę i zakaz poruszania się rowerem. Niedługo potem pojechał do sklepu, zapakował ziemniaki na rower i prowadził, by było lżej. Policja zawiozła go do aresztu, bo złamał "zakaz prowadzenia roweru". Olkowicz słucha staruszka, który żali się, że sam łapał złodziei na kolei, że żona mu wcześnie zmarła, dzieci wychował, chciał tylko sobie ziemniaków nagotować.
Olkowicz wychodzi od niego z mokrymi oczami, ale i wściekły. Wróciła mu wiara, że można zmienić system. Idzie zadowolony do Bodnara.
Bodnar z wyrzutem. - Dlaczego nie sprawdził pan reszty?
Olkowicz: - Pomyślałem: facet ma rację. Sprawdziłem wszystkie, okazało się, że większość podchodzi pod łamanie praw człowieka.
Ibisz mówi w telewizji
Rodzina Adama Bodnara ze strony ojca trafiła na Pomorze z Podkarpacia, w ramach akcji "Wisła". Matka pochodziła z rodziny chłopskiej, wielodzietnej, z Kieleckiego.
To matka dyscyplinowała go do nauki. Zdystansowana, zasadnicza. Ojciec ciepły, towarzyski. Ale to matka wszczepiła mu kult nauki i pracy. Bodnarowie mieli trochę ziemi - truskawki, ziemniaki, buraki. Pracowała przy tym cała rodzina. Gdy idzie do liceum, spiera się z mamą o PRL, krytykuje system bez wyjątku. Matka broni: awansu społecznego, obowiązkowej edukacji, mieszkań, pracy, opieki socjalnej. Bodnar tego nie rozumiał, słuchał Jacka Kaczmarskiego o więzieniach, strajkach, ZOMO, czytał Jacka Kuronia.
Podstawówkę i liceum kończy na piątkach i szóstkach. Gdy ma czwórkę, przeżywa to cała szkoła. Kujon? Nie, mówi, dyscyplina i ambicje. Dostaje się w liceum do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, programu wspierającego młode talenty. Jeździ do Warszawy, poznaje profesorów, którzy dają mu do lektury Ajschylosa, Herodota. Jest pedantycznie zorganizowany, prowadzi kalendarz dnia, gdzie wpisuje nawet oglądanie "Teleexpressu". Słucha Depeche Mode, gra na komputerze, sportu raczej nie uprawia. Wybiera prawo, bo matka mówi, że musi być konkret, a Krzysztof Ibisz w telewizji, że dobra uczelnia to gwarancja sukcesu.
Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w akademiku. Na pierwszym roku współpracuje ze stowarzyszeniem Nigdy Więcej, by walczyć o prawne zakazy działania faszystowskich grup. Zostaje asystentem posła Unii Wolności, ale widzi cwaniaka - to go od polityki odrzuca.
Panie Boże, czy jechać do Budapesztu?
Zanim Bodnar powiedział senatorom, że nie wierzy, chodził do kościoła w Gryficach, a na studiach do warszawskiej św. Anny. Wciąga go młoda żona, którą spotkał na początku studiów. Jest ze Śląska, z pobożnej rodziny. Jej ojciec służy do mszy, rozdaje komunię. W kościele św. Anny Bodnar słyszy głębokie, intelektualne kazania, szczerze się modli, chodzi do spowiedzi. Ale gdy dostaje się na roczne studia na uczelni George'a Sorosa w Budapeszcie, żona mówi mu: ja albo Budapeszt. Wsparcia nie ma także od jej rodziny. Pyta o radę księdza w konfesjonale i słyszy: jechać, wola Boża.
Adam Szafrański, prawnik, znajomy Bodnara ze studiów, spytał go wtedy, czy przystąpi do wydziałowego kółka różańcowego. Wierzący studenci codziennie odmawiali tajemnicę różańca. - Jeszcze niedawno bym się zgodził, teraz już nie - odpowiada mu Bodnar tuż przed rozwodem.
Jeszcze przed Budapesztem trafia na staż do Weil, Gotshal & Manges, kancelarii prawnej o światowej sławie. Student na garnuszku rodziców dostaje dwa razy większą niż oni pensję.
Siedziba kancelarii jest na 20. piętrze biurowca Warsaw Financial Center. Rozmawiam z Piotrem Tomaszewskim. 15 lat temu był szefem Bodnara. Pochodzi z rodziny prawniczej, doświadczenia zbierał m.in. w kancelarii w Chicago. Wysoki, koło pięćdziesiątki, w markowym garniturze. Uśmiech i spokój wojennego negocjatora.
Trzeba uważać, bo można ciężko pracować dziesięć lat, a po jednym błędzie zniszczyć sobie karierę, reputację firmy, dlatego nie ma tu zbyt dużo miejsca na słabość. Adam idealnie się w to wpasował, był totalnie dostępny, zorganizowany, precyzyjny, szybko się uczył naszych zasad, nie ulegał przesadnie emocjom.
Bodnar: - Nie mogę powiedzieć o Piotrze złego słowa. Pamiętam, robiłem ważne zlecenie, a miałem chorego ojca. Powiedział: jedź do ojca, bo do końca życia będziesz żałował, że tego nie zrobiłeś.
Wymienialny
Swoje powodzenie w tamtych latach Bodnar tłumaczy skromnie fartem: - Załapałem się na rozwój rynku, zachodnie firmy były głodne młodych i wykształconych.
W kancelarii Weil, Gotshal & Manges zostaje rzucony na głęboką wodę: program emerytalny dla PZU Życie, wejście na giełdę PKO BP. Jest cały dla firmy w zamian za pieniądze, rozwój i atmosferę "we are the best". Gdy dostaje się na studia do Budapesztu, firma płaci mu przez rok studiów, ale podpisuje z nią cyrograf - wróci i odpracuje co najmniej trzy lata.
Mam wtedy też poczucie, że zarabiam przesadnie dużo, wydaję na fanaberie, koncerty, płyty. Czuję, że coś mi ucieka. Podczas studiów poznałem prof. Mirosława Wyrzykowskiego, Wiktora Osiatyńskiego, którzy mieli w sobie szczerość i mówili o prawach człowieka - to mnie pasjonowało. I choć prowadziłem z tego zajęcia na uczelni, było to tak daleko od mojej pracy.
Przełomem jest moment, gdy Bodnar po przygotowaniu prospektu emisyjnego PKO BP dostaje kartkę świąteczną od pracownicy banku. Pomyślał, że na kartce mogłoby być nazwisko innego prawnika, że jest wymienialny.
Prof. Osiatyński mówi mu: jest taka fundacja. Bodnar coś tam słyszał, ale nie za bardzo. Rzuca kancelarię w 2004 roku, gdy zarabia 200 tysięcy złotych rocznie. Rzuca świat adrenaliny, drogich gadżetów, zachcianek i zamienia na dwa razy mniejszą pensję w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która jest organizacją pozarządową, finansowaną z dotacji.
Tomaszewski: - Byliśmy trochę źli, gdy odchodził. Ale drugiej takiej osoby, która odrzuciłaby nasz świat dla takiej jak on idei, już nigdy nie spotkałem.
Bodnar: - Czasami myślę, że byli źli, bo może sami chcieli to rzucić. Przecież nie są maszynami. Ale nie mogą, bo adrenalina, bo "pociąg już odjechał", bo wpadli w kredyty, żal gadżetów, wakacji na antypodach, dobrych szkół dla dzieci.
Obrona Starucha i CIA
Pytam Bodnara, co pchało go do świata pomocy innym, społecznikostwa. Długo się zastanawia. - Na początku, na studiach, byłem raczej technokratą. Bardziej zajmowały mnie procedury prawne niż los ekspedientek w Biedronce.
Ale gdy jeszcze przed fundacją odbywał staż rządowy w Strasburgu i bronił interesów Polski przed roszczeniami obywateli, wiedział, że stoi po złej stronie barykady. - Bo to obywatele mieli rację, im należała się pomoc. Źle się tam czułem.
W Helsińskiej Fundacji tworzy program spraw precedensowych. Zrobił tabelkę spraw do rozwiązania: zniesławienia z art. 212 kodeksu karnego, opresyjne tymczasowe aresztowania, przeludnienie w więzieniach. W kilka tygodni orientuje się, że to jego świat, bo tak wiele do zrobienia. - Czytam skargi, wnioski, spotykam się z ludźmi i widzę bagno jeśli chodzi prawa człowieka w Polsce.
Poznaje A.M., która straciła dziecko przy porodzie w więzieniu, bo nie przyszedł lekarz na czas, a i tak był nim dermatolog. Barbarę Wojnarowską, matkę dwójki niepełnosprawnych dzieci, której lekarze odmówili badań prenatalnych. Fundacja idzie do Sądu Najwyższego, ten przyznaje kobiecie odszkodowanie. Angażuje do tych spraw rzeszę prawników, którzy pracują pro bono.
Gdy policjant zostaje zwolniony z więzienia, ale ma siedzieć przez weekend, bo poczta nawala, Bodnar chwyta za słuchawkę, dzwoni do dyrektora aresztu - policjanta wypuszczają.
HFPC z Bodnarem wygrywają w Strasburgu sprawę Marszu Równości w Warszawie, którego zakazał Lech Kaczyński. Kilka miesięcy później zakazał go w Poznaniu Ryszard Grobelny. Też wygrywają. Efekt - dziesięć lat później nowe prawo o zgromadzeniach, które odpowiada standardom demokratycznym. Nikt od tamtego czasu nie odważył się zakazać marszu.
Gdy policjant z HIV zostaje odsunięty od służby, Bodnar idzie do Trybunału Konstytucyjnego, wygrywa.
Broni przywódcy kibiców Legii Warszawa "Starucha". Uznał, że zatrzymanie było "polityczno-prewencyjne". Ma rację, "Staruch" zostanie uniewinniony, a Bodnar zbierze punkty u prawicy, która ze "Staruchem" sympatyzuje.
Bodnar pracował w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka dwa miesiące, gdy w 2004 roku na swoim biurku zobaczył CV Dominiki Bychawskiej, studentki prawa. Posadził ją w malutkim pokoju, wyjął komputer i pokazał prezentację programu spraw precedensowych, którymi miała się z nim zajmować.
Były ciężkie momenty, gdy płakałam, bo był bardzo wymagający, miał szybkie tempo pracy. Widać to teraz - śmieje się Bychawska - gdy został RPO. - W fundacji tempo zwolniło, jest mniej korpo. Skupiamy się na trzech zadaniach, nie dziesięciu, nie ma wyciskania z człowieka każdej kropelki, nie ma telefonów w nocy albo w święta. Bodnar przyniósł świat korpo - marynarki, krawaty, a w innych takich organizacjach są swetry, trampki. Ale to Adam nauczył mnie etyki pracy, dokładności. Nie wiem, skąd bierze paliwo, wolę zmieniania świata. Zobacz, mówił zawsze, gdy wątpiłam w sens jakiejś sprawy, każda taka mała wygrana sprawa to mała zmiana świata.
Bardzo się cieszy z tych małych spraw. Gdy dostał podziękowanie z przedszkola za pomoc w programie integracji z niepełnosprawnymi, powiesił je na ścianie.
Ale największa sprawa HFPC to więzienia CIA. Przeciwko fundacji występują wtedy politycy, nawet dziennikarze, a Bodnar domaga się ujawnienia informacji o więźniach trzymanych i torturowanych przez CIA w Kiejkutach. Wkroczył prokurator, ruszyło śledztwo, pojawili się pełnomocnicy torturowanych.
Bierze z biurka konstytucję, czyta na głos fragment preambuły. - "...Pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność...". Albo mówimy wszystko, albo ten zapis jest dla wybranych.
Prof. Maria Frankowska z Uniwersytetu w St. Louis, matka znajomej Bodnara z czasów kancelarii Weil, Gotshal & Manges, jest dla niego intelektualną matką. Opowiada o Bodnarze i patrzy w okno melancholijnie, jakby wspominała jego dzieciństwo.
Bodnar, jak mówi Frankowska, jest szalenie ambitny, przez to może rozbija swoje rodziny, ale: "Lepiej zrozumiemy świat, gdy przyznamy, że wszyscy wokół są szaleni" - Frankowska cytuje mi Marka Twaina.
Bodnar rozstaje się z drugą żoną, z którą ma dwójkę dzieci, ale pokojowo. Zauważa później, że łatwiej mu teraz zrozumieć ojców, którzy walczą o opiekę nad dziećmi.
Gdy jeden z mężczyzn nie mógł widywać się z córką, Bodnar poszedł ze sprawą do Strasburga. Wygrał, osobiście zawiózł ojcu list.
Rzecznik, Strasburg, prezydent
Karolina Bodnar ma własną praktykę prawniczą. Specjalizuje się m.in. w prawie rodzinnym, współpracuje pro bono z Centrum Praw Kobiet i Helsińską Fundacją Praw Człowieka.
Ktoś mi powiedział o Adamie: jest tak skuteczny, bo nie ma empatii. Nie wiem. Bo... chyba tak dobrze go nie poznałam, a może nie mogłam lub nie umiałam. Niewiele spędziliśmy razem czasu, nie potrafił. Głowę miał ciągle w pracy. Kiedyś pojechaliśmy na dwutygodniowe wakacje, wytrzymał z dziećmi tylko tydzień, wszystko go drażniło. Nie jest narcyzem zapatrzonym w siebie, ale potrafił się obrazić, złapać focha. Czasami lubiłam z niego pożartować, nie cierpiał tego. Nasze małżeństwo rozpadło się, choć próbowałam, dawałam wiele szans. Problemem nie były inne kobiety. Miałam wrażenie, że małżeństwo traktował jak projekt. Gdy już nie chciałam, namawiał: no daj spokój, przecież jest dobrze, nie rozumiem.
Związek rozpadł się z powodu jego całkowitego oddania pracy, idei. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży, nadzorowałam ekipę budowlaną, robiliśmy remont mieszkania. Jak w końcu przyszedł, robotnicy zapytali: a pan do kogo?
Kafelki? Wybierz, mnie wszystko jedno. Wakacje? Tam gdzie wybierzesz. Nie mieliśmy wspólnoty przeżyć.
Jako intelektualista odnalazł się w prawach człowieka, bo jest szlachetny, ale też uważał, że prędzej zrobi karierę w tym temacie. Już dziesięć lat temu mówił, że marzy mu się rzecznik praw obywatelskich, potem sędzia Trybunału w Strasburgu. Mama Adama marzyła, by został prezydentem, a jego brat generałem wojska. W przypadku obydwu jest już blisko. Czy bym na niego zagłosowała, gdyby kandydował na prezydenta? Bez wahania. Ma moralną busolę, szacunek do zasad, pasję. Wszystko totalne.
Bodnar zastanawia się, patrzy na mapę z kolorowymi szpilkami, która wisi w gabinecie RPO. Choć jest rzecznikiem, od sierpnia zjechał już całą Polskę, wysłuchuje ludzi, zbiera ich problemy, jak ostatnio w Białymstoku, gdy słuchał o mniejszościach wyznaniowych, jak w Świnoujściu, gdy mężczyzna opowiedział mu o problemach z orzecznictwem chorób zawodowych. Cały czas w drodze, w samochodzie, w pociągu albo w biurze.
5.47, SMS od rzecznika
Prof. Monika Płatek mówi mi z przymrużeniem oka, że były dwie kandydatury, które najlepiej nadawały się na stanowisko rzecznika praw obywatelskich: jej i Bodnara. Ale przyznaje, że Bodnar ma nad nią przewagę: nie czekał na poparcie, zgłosił się i poddał ocenie organizacji obywatelskich. - To nie człowiek, który leci na stanowisko. Znam go, pracuję z nim na uczelni. Ma ambicje, ale i dużo pokory. Prof. Ewa Łętowska zapoczątkowała okres, gdy rzecznik nie był lubiany przez władzę, Bodnar będzie to kontynuował.
Płatek jest pytaniem zdumiona: - Ależ Bodnar porzucił miraż!
Gdy Bodnar zostaje rzecznikiem, zaczyna od wielkiego spotkania z blisko 300 osobami w wynajętym kinie. Łączy się telekonferencyjnie z biurami terenowymi, na ścianie pokazuje prezentacje o reformach biura. Do RPO, podobnie jak wcześniej do HFPC, wjechało korpo.
Polecenia od Bodnara w biurze idą od rana Facebookiem, mailem, SMS-em. Pracownicy prowadzą codzienny ranking: kto otrzyma najwcześniej, tego sprawa jest najważniejsza.
Andrzej Stefański, dyrektor projektów regionalnych w biurze RPO, dostał o 5.47: "Jest sprawa hejtu Joanny Grabarczyk. Proszę spojrzeć na jej profil. Niefajnie się z tym czuję, trzeba coś zrobić". Jeśli SMS przychodzi dopiero o 7.00, sprawa ma niski priorytet. W sobotę o 6.00 rano pracownicy otrzymali maila, by zająć się sprawą mężczyzny, który żyje z synem w trudnych warunkach, pisze o tym sobotnia gazeta lokalna w Gdańsku. Stefański w głowę zachodził, skąd Bodnar o tym wiedział, bo przecież był na konferencji w Hiszpanii. O godzinie 23.50 w sobotę Bodnar dostał odpowiedź: odwiedziliśmy go, nawiązaliśmy kontakt z urzędem.
W ciągu kilku dni w styczniu twittował, esemesował o: uregulowaniu statusu mieszkań na gruntach spółdzielczych, zmianie prawa dotyczącego stwierdzenia zgonów, związkach zawodowych dla pracujących na śmieciówkach, odszkodowaniach dla osób represjonowanych za działalność po 1946 r., niepełnosprawnych w więzieniach, dzieciach chorych na dyskalkulię, które nie są w stanie uczyć się matematyki.
Ma dziesięć osób, które zajmują się skargami kasacyjnymi, przeglądają blisko 3 tys. spraw. Bodnar chciał więcej ludzi, ale PiS właśnie mu zabrało 3 mln zł z 38 rocznego budżetu.
Patrzy w sufit: - Miałem jednego profesora, miły człowiek, ale w Senacie mnie atakował.
Otwiera komputer. - Nie widziałem jeszcze za mojego życia takiej nienawiści. Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku". Jest imię, nazwisko piszącego, widzę, że mieszka w Kielcach. "Nie chcę być obywatelem takiej Polski, w której taki jak pan działa, sram na nią, bo przez 50 lat takie bydlaki, świnie okradały naszą Polskę. Niech ta muzułmańska banda obetnie wam wasze łby i zgwałci wasze dzieci". Jest imię, nazwisko, zdjęcie, są znajomi.
Na portalu, który ma w nazwie "christiana", czytam, że Bodnar daje "posłuch lewackim podszeptom". Ale próbuje mediować także w Kościele. W Poznaniu jest na spotkaniu z anarchistami, następnego dnia idzie do arcybiskupa.
Szykujemy się do wyjścia z kancelarii przed 22.00, rozjedziemy się metrem. Bodnar, gdy może, zostawia służbowy samochód. Nie chce, jak mówi, zepsuć się przywilejami. Zgodził się poświęcić mi pół dnia, choć innego zwijał się wcześniej, by odebrać synów ze szkoły.
Przysiada na krawędzi fotela, przeprasza, bo jeszcze wysyła w nocy SMS-y do pracowników, zadania na następny dzień. Zaciska zęby: - Cholera, no, spokoju mi nie daje, że nie damy rady sprawdzić tych 3 tysięcy spraw z kasacjami. Przecież gdzieś mogą siedzieć ludzie niewinnie skazani.
CV Adam Bodnar
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151083,19706709,o-co-walczy-adam-bodnar.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2015.08.19 13:51 4pietrowydrapaczchmu Czy JOW w Polsce do dobry pomysł?

Czym są Jednomandatowe Okręgi Wyborcze? Jak działają? Zwykłemu Polakowi trudno odpowiedzieć na to pytanie bo w Polsce zamiast porządnej merytorycznej dyskusji mamy propagandę.
Na JOW składają się w zasadzie tylko 3 punkty: 1. Kraj zostaje podzielony na tyle okręgów, ile jest mandatów do obsadzenia przy czym okręgi te dzielone są po równo wg liczby uprawnionych do głosowania. 2. Każda z partii/komitetów wystawia tylko jednego kandydata. 3. W każdym okręgu kandydaci rywalizują o jeden tylko mandat – dostaje go kandydat, który dostanie najwięcej głosów wyborców.
Wszystko inne to dodatki. Dodatkami są np odwołanie polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu, referenda, limity na reklamę, brak finansowania partii z budżetu. Opcje te można dodać lub odjąć od każdego systemu wyborczego. Również do obecnego.
Zatem co gdyby do obecnego systemu wprowadzić np. zasady: - nie ma rozróżnienia na listy wyborcze i nie ma pozycji na liście (numerów) - zmniejszyć limity podpisów do zebrania, pozycji na liście do wypełnienia - znieść ustawę kwotowo-parytetową (która to naprawdę bardzo daje sie we znaki małym partiom) - osoba startująca z danego okręgu musi od dłuższego czasu w nim mieszkać (by znać potrzeby lokalnej ludności i problemy które trzeba rozwiązać) - możliwość odwołania polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu - politycy nie mogą zmieniać partii w trakcie kadencji - obligatoryjne i wiążące referenda - kategoryczna równość w mediach (gazetach, radiu i telewizji) - tyle samo reklam i czasu antenowego (bez promocji w mediach i pieniędzy na nią nawet w JOWach jest bardzo ciężko sie przebić)
Co wtedy? Czy obecny system nadal byłby taki zły i trzeba by wprowadzać JOWy?
Także potrzebna jest prawdziwa debata. Wg mnie najpierw trzeba ustalić punkt po punkcie wady obecnego systemu i zastanowić sie nad nimi. Co da sie zmienić i w jaki sposób a co nie. Potem zebrać wszystkie ciekawe ordynacje wyborcze i również ustalić ich wady oraz zalety. Dopiero wtedy będzie widać co dla nas jest najlepsze. Nie podoba mi się wciskanie na siłę jednego systemu jeśli nie znamy innych ciekawych. Tym bardziej w taki nachalny sposób w jaki to robią zwolennicy JOW w stylu angielskim.
Poza tym dwa najważniejsze (moim zdaniem) pytania dotyczące JOW: 1. Podobno JOW odrzuca skrajności i często wygrywają "ludzie środka". Zatem kandydat który proponuje konkretne zmiany np. reformę KRUS, emerytalną czy ograniczenie liczby urzędników nie ma szans bo zostanie przez te środowiska zablokowany (osoby z tych środowisk bedą głosować na oponenta tak jak dziś głosują za PO i PIS). Więc skoro w JOW wygrywają kandydaci populistyczni to jak Polska ma sie z nimi zmienić? 2. Wszyscy wiemy że Polska potrzebuje głębokich zmian. Tego nie zapełnia nam obecnie rządzący. Zatem czy w JOW małe partie/politycy niezrzeszeni summa summarum będą miały łatwiejszą czy trudniejszą drogę do objęcia władzy? Osobiście wydaje mi sie że znacznie trudniejszą. Nawet jeśli zmniejszy im sie obszar oddziaływania kampanii do małego okręgu.
Na podstawie argumentów zwolenników JOW:
- Obecnie obywatele nie mogą startować w wyborach (lub mają to znacznie utrudnione). To kłamstwo. Jest mnóstwo małych partii z postulatami których kandydat może się zgadzać a one chętnie go przyjmą bo muszą zapełnić listy wyborcze. Obecnie małym partiom jest tak ciężko że dają nawet ogłoszenia do gazet lub robią to z łapanki. Mają nap[rawdę olbrzymie problemy z zebraniem odpowiedniej ilości chętnych. Wcale nie jest tak wiele osób które faktycznie palą się do startowania. Nie jest im łatwo bo muszą zebrać aż 920 osób. Szczególnie kobiet (parytety są olbrzymim utrudnieniem dla małych partii). Znalezienie kobiety chcącej startować to skarb. A to wszystko w ramach tylko jednaj partii! Demokracja Bezpośrednia dla przykładu ma bardzo duże kłopoty aby zebrać odpowiednia grupę swoich przedstawicieli do jesiennych wyborów. A to przecież partia z którą prawie każdy może się utożsamiać. Poza tym często tworzą się listy bezpartyjnych. Poza tym w JOW byłby taki kandydat skazany na siebie a w partii, organizacji, zrzeszeniu czy innym tworze może liczyć na pomoc.
- Będzie mógł startować każdy obywatel... po wpłaceniu zaliczki (w propozycji Ruchu JOW jest to 10 podpisów + kaucja na poziomie pensji minimalnej zwrotna po wyborach jeśli przekroczy bodaj 2%) Już teraz może. Naprawdę trzeba „mieć zły dzień” by wierzyć że ktoś kto nie jest w stanie zebrać powiedzmy 5000 podpisów po zebraniu 10 nagle wystartuje w wyborach i zbierze tyle głosów by je wygrać (czyli 30 do 50% głosów z okręgu). Z czego? Bez środków na kampanie i bez wsparcia mediów. Dodam więcej. Ta kaucja zabierze mu cześć pieniędzy które mogły by mu się w tym czasie przydać. Uszczupli jego budżet na ten ważny w końcu czas.
-Ok Ale skoro może startować każdy zebrawszy tylko 10 głosów od rodziny to Kandydatów również może być wielu. I tu jest kolejny słaby punkt zwolenników JOW którzy twierdzą że ograniczają one ilość kandydatów i dzięki temu ta garstka jest wtedy bardziej znana. Przytłaczająca większość osób nie wie absolutnie nic o kandydacie na którego POSZLI ZAGŁOSOWAĆ! Większość osób głosuje na tego kogo zobaczy na plakatach, kto jest najbardziej rozpoznawalny, z ... właściwej partii i kompletnie nie czytają jego „CV” lecz polegają na tym kto coś tam im szepnie lub na tym co powiedzą w TV. Ale załóżmy że jakiś miejscowy Polityk wejdzie do sejmu. Co on tam jeden samiutki orzeszek zdziała? Chyba tyle co Korwin w europarlamencie – tyle jego że sobie przemówi z ambony. W innych krajach które wprowadziły JOW na początku faktycznie chętnych mogło być więcej jednak juz po pierwszych wyborach zapał ludzi się studził.
Także 1 postulat koronny jest co najmniej śmieszny bo co po tym zwykłemu obywatelowi? Zwykły obywatel nie będzie chciał startować a ten który chce już teraz ma sporo możliwości.
Im więcej antysystemowców tym większe rozproszenie głosów elektoratu na wiele podmiotów i mniej szans że uda im się wejść do rządu w obecnej postaci wyborów (czyli przy 5% poparcia) a co dopiero przy JOW Angielskim (w Australijskim trochę łatwiej). Przypominam że właśnie dlatego ostatnimi czasy podziemnaTV promowała połączenie sie wszystkich partii Antysystemowych w jedną i start z jednej listy do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Dlatego za nieporozumienie uważam promocję bezpośredniości i czynnego prawa wyborczego. To tylko rozdrobni jeszcze poparcie dla tych partii. Ci co głosują na PIS czy PO nadal będą a nie głosować natomiast poparcie dla mniejszych partii będzie jeszcze bardziej podzielone dla szkody na rzecz Polski i zmian jej potrzebnych.
Ok Ale powiedzmy że do sejmu jakimś cudem dostała sie spora grupa bezpartyjnych (np 20% składu). Nie było by łatwo stworzyć rząd który przetrwa kadencje. Ile lodów trzeba by ukręcić dla bezpartyjnych aby ci zgadzali się na nasze postulaty? Łapówka za łapówką. Rząd byłby niestabilny więc Polska była by politycznie niestabilna a mediach było by jeszcze mniej prawdziwych informacji a więcej tematów zastępczych i afer (jak to się nie mogą dogadać). Opozycji będzie jeszcze łatwiej kopać dołki i osłabiać w ten sposób Polskę. Wystarczy przypomnieć sobie czasy rządów PIS, Samoobrony i LPR z 2016 roku. W Anglii czy Australii może działa to dobrze jednak trzeba pamiętać że oni mają inna klasę polityczną i inne wpływy a Polska to poligon dla Niemiec, Rosji i USA i że tak naprawdę komuna sie u nas trzyma bardzo dobrze. To co w innych państwach działa dobrze na naszym podwórku może działać fatalnie.
Jednak oczywiście takiego rozdrobnienia nie będzie gdyż JOW doprowadza do dwupartyjności. Zresztą sam Kukiz przyznał że JOW prowadzą do systemu dwupartyjnego: https://www.youtube.com/watch?v=2NteZIQPDsk&feature=youtu.be&t=840 (ps. Zobaczcie jak Kukiz zgrabnie zmienił temat i z rozmowy na argumenty przeskoczył na gatkę o dzieciach i dobra kraju) Zresztą nie tylko on. To samo przyznają Korwin i Kaczyński. Zastanawiam się gdzie w tym są zmiany których tak w Polsce potrzebujemy. To zabetonowanie sceny politycznej. Doprowadzenie do systemu dwupartyjnego czyli https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Duvergera Bo co z tego że każdy będzie mógł startować jeśli bez zaplecza, bez pomocy, bez finansów i bez dostępu do mediów nie będzie miał szans na wygranie w swoim (niby małym) okręgu? Wygra tylko celebryta taki jak Kukiz lub jakiś lokalny "baron" bo nikt nie będzie chciał głosować na kandydata nieznanego którego widzi pierwszy raz na oczy.
- Aktualnie ¾ wszystkich osób zasiadających w sejmie pochodzi z 2 pierwszych miejsc z list wyborczych. Dzięki JOWom te wszystkie partyjne aparatczyki zostaną wymiecione. Ok A kto obecnie zabrania głosowania na niższe miejsca? Nawet w tym systemie wygrywa ten kto dostaje najwięcej głosów z listy. Równie dobrze może być z miejsca 10. Ale ludzie głosują i będą głosować na znane twarze. Chyba ze wreszcie się zreflektują ale do tego wcale nie trzeba zmieniać ordynacji lecz edukować ludzi. Przypominam. To od nas zależy kto wchodzi do sejmu. Wcale nie musimy głosować na klakierów politycznych z 1 czy 2 miejsc ale to robimy. Jeśli teraz to robimy to dokładnie to samo będzie przy JOW tyle że wybór klakierów będzie mniejszy. Przecież przy JOW będzie dwubiegunowość i kandydat na którego mamy głosować i tak będzie wybierany przez partie a duże partie i tak wygrają. Mali nie będą mieli szans. Niektórzy twierdzą że oddanie głosu na mła partię jest głosem straconym. Jeśli teraz jest to co dopiero mówić o JOWach.
- Posłowie będą zależni od nas a nie od szefów partii. To bujda. Jeśli polityk nie wywiązuje się ze swoich obowiązków to w Anglii podobno następnym razem nie jest wybierany. A jak jest teraz w PL? Jeśli ludzie są mu przeciwni to partia wystawia innego kandydata. I dokładnie to samo dzieje się w Anglii, Kanadzie czy USA i partie się nie zmieniają. Potrzeba by w Polsce duzo czasu aby jedna z tych 2 partii została zamieniona przez inną. Tym bardziej że JOWy bardzo mocno promują duże partie z wielkimi funduszami.
Jednak w JOW partia faktycznie musi dbać o kraj i postulaty społeczeństwa - i nawet jeżeli zostają dwie przeciwstawne partie - to one muszą prezentować program zgodny z jak największą częścią społeczeństwa i działać na jego rzecz - inaczej zaczynają tracić poparcie na rzecz konkurenta. Jednak czy chcemy mieć u siebie system dwupartyjny jak w USA? Oczywiście nas i USA nie powinniśmy porównywać gdyz są to zupełnie inne podłoża polityczne i historyczne i jak wspomniałem w każdym kraju JOW mogą mieć inny bieg jednak wiecie że w USA oprócz partii Demokratycznej i Republikańskiej istnieją tez inne? Jakoś trudno im sie przebić nieprawdaż? W Polsce mogło by sie zdarzyć rzecz podobna i duże partie (lub partia) mogły by panować naprawdę długo (wspomniany efekt głosowania na lepsze zło które ma większe szanse pokonać to gorsze zło zamiast na inne lepsze rozwiązania). Już teraz tak mamy a wyobraźmy sobie że małym partiom w JOW jeszcze trudniej się przebić. Nie mogą nawet wykorzystać efektu stopniowego zwiększenia popularności bo jest mniej widoczna niz teraz. Przykładowo jeśli teraz partia w jednych wyborach zdobędzie 2% drugich 4 potem 5 dalej 7 to w sondażach widać wzrost i ludzie zastanawiają sie nad zagłosowaniem jako realnej alternatywie (skorzystał na tym Kukiz) natomiast w JOW jest to mniej widoczne bo i tak do wygrania w okręgu sporo brakuje więc trudniej sie przebić.
*- W systemie proporcjonalnym większość posłów wchodzi na plecach lokomotyw. * W systemie większościowym też większość wchodzi na plecach lokomotyw bo zostają wybrani tylko dlatego, że reprezentują daną partię (która jest utożsamiana z liderem). Mali, niezależni kandydaci nie mają szans konkurować z dużymi partiami.
- JOW przenosi nacisk z lojalności wobec centrów partii na lojalnością wobec lokalnego okręgu , a partyjni wodzowie tracą podstawowy mechanizm czynienia wybrańców narodu uległymi ("uważaj, bo nie znajdziesz się na listach"). Nawet jeżeli JOW doprowadziłyby do powstania systemu dwupartyjnego, to byłyby to już inne, mniej wodzowskie partie niż obecnie." Tylko ze nikt nie wie jak to będzie wyglądało w Polsce a gdy już wprowadzimy te JOW i okażą sie klapą dla obywateli to już tak łatwo nie cofniemy tej ordynacji.
Jeśli zarządowi partii nie podobały by się działania polityka i próbowali by go usunąć lub zastraszyć mógłby powiedzieć im: „a całuj mnie tu i tam. Ja mam za sobą swój okręg wyborczy, to mnie tam wybrali”. Taki polityk musi wiedzieć że część jego elektoratu (zapewne bardzo duża część) głosowała na niego tylko dlatego gdyż wywodził sie z danej partii. Zresztą odwrotnie tez bywa lecz rzadziej. Pewnie zdarzy sie czasem że jakiś polityk zasłuży na swoje zaufanie i wyborcy pójdą za nim gdy ten wyjdzie z partii jednak zwolennicy JOW twierdzą że będzie tak zawsze i wszędzie oraz że pójdą za nim wszyscy (a przynajmniej to właśnie sugerują). Mogą oni oczywiście dawać przypadki pojedynczych polityków jak np. Churchill jednak to będą przypadki specjalnie wyselekcjonowane tylko po to by potwierdzić swoją tezę. Sugerował bym raczej zebranie wszystkich tego typu wydarzeń i wyciągnięcie konkretnych wniosków.
oraz… „Każdy człowiek ma inne poglądy polityczne. Partie to organizacje zrzeszające ludzi o podobnych poglądach (w teorii). Jest to pewien sposób kategoryzowania ludzi względem wartości jakie wyznają. W sytuacji gdy głosujesz na konkretnego człowieka jest trudniej. Raz, że musisz poznać jego poglądy a dwa, że w Twoim okręgu może nie być nikogo, kto by miał taki sam pomysł na państwo co Ty. Jeszcze jest inna opcja - ktoś taki może być, ale z racji tego, że głosi niepopularne hasła (np. koniec z zasiłkami) to zagłosuje na niego niewiele osób. Jeżeli będzie ich mniej niż 50% to głosy na tę osobę są zmarnowane. W rezultacie w sejmie będą zasiadali posłowie a ich poglądy nie będą odzwierciedlały poglądów społeczeństwa.”
Bardzo możliwe jest że nasz kraj podzieli się na okręgi PiSowskie, POwskie, oraz kilka okręgów przechodnich. Dokładnie to dzieje się w US czy UK. Istnieje tam dość duża liczba okręgów w których nie opłaca się nic robić bo i tak wygra dana partia. Bo w JOWach jest wszystko albo nic, nie ma znaczenia czy jako drugi miałeś 30%, czy 5%. I tak masz 0% bo byłeś drugi. To jeszcze bardziej zniechęci ludzi do polityki. "Teraz każdy głos się liczy - jeśli chociaż trochę więcej wyborców PiS pójdzie w Szczecinie zagłosować to mogą wywalczyć dodatkowy mandat. W JOWach nie mieliby szansy na nic więc jaki byłby sens ich wychodzenia z domu? PO tam nie przebiją ale w obecnym systemie mogą chociaż powalczyć o inne proporcje. W systemie proporcjonalnym każdy głos się liczy. Ma znaczenie to czy PO wygra mając 90% czy 60% czy 30%. W JOWach nie ma to absolutnie żadnego znaczenia więc jeśli jakiś okręg jest "safe" dla danej partii to jej przeciwnicy nie mają powodu, żeby w dniu wyborów ruszyć się z domu"
- Gdy dana partia wygrywa i rządzi samodzielnie (bez koalicjanta) to wszystkie niepowodzenia spadają na jej barki. Nie może się zasłonić brakiem zgody koalicjanta. To dobrze ale w ciągu ostatnich kilku lat mieliśmy bardzo dużo afer które Tusk jako szef rządu brał na klatę a PO? PO nadal ma spore poparcie. Tu chyba więc sprawdza się zasada że co dobre gdzie indziej wcale nie musi być dobre u nas. Mamy inne warunki, inna kulturę społeczną i innych wyborców i długo się jeszcze to nie zmieni.
- wyborcy na drugi dzień po wyborach wiedzą jak wygląda rząd który może normalnie pracować. Teraz po wyborach trwają targi z koalicjantem a w JOW targi trwają przed wyborami (juz wspominałem). To dobrze bo głosujący przynajmniej wie co dane partie ustaliły. Tylko czy po wyborach bedzie to przestrzegane? Mieszkamy przecież w Polsce a nie Anglii.
- W Polsce istnieją powiaty które nie mają w sejmie swojego posła natomiast taka Warszawa ma ich dużo za dużo. To okręgi JOW nie dzieli się czasem wg liczby mieszkańców? "Kraków będzie podzielony na 10 okręgów, Warszawa na 20 ale posłów i tak będą z tych miast dużo. Za to okręgi na prowincji to będą całe powiaty albo nawet ich grupy (najmniejsze powiaty mają po 20 tys. ludności). Czyli podział na JOWy kompletnie nie będzie odpowiadał realnym podziałom społeczno-geograficzym. A zwycięzca może być tylko jeden. Wielomandatowe duże okręgi są w stanie jakoś-tam oddać zróżnicowanie (także terytorialne) poglądów ich mieszkańców. Jednomandatowy okrąg złożony z kilku powiatów będzie trwale wykluczał niektóre z nich.
Poza tym symptomatyczne jest, że piewcy JOWów tak bardzo skupiają się na procedurze wyboru kandydata, że zapominają o prostym fakcie: wyborcy zależy na tym, by mieć możliwie realny wpływ na władzę. A ten realizuje się nie przez wybór posła ale przez to co ów poseł może zdziałać w sejmie. A w sejmie działają partie (ew. ich frakcje), a nie jednostki. Cóż z tego, że wybiorę sobie wybitnego posła, skoro w realnym działaniu nic nie będzie znaczył?
W sytuacji JOW wyborcy mogli by od takiego swojego posła czegoś oczekiwać a teraz nie mogą. Innymi słowy poseł mógłby przekupywać ludzi np. wybudowaniem drogi co dzieje się w Anglii czy USA i wcale nie jest takie złe bo co prawda ludzie dostają ochłapy za głos ale przynajmniej coś dostają dla swojego okręgu a obecnie nie mogą żądać niczego. To trzeba zmienić.
Tylko czy w sytuacji w której trzeba uzdrowić Polskę (prawo, gospodarkę, szkolnictwo i wiele innych rzeczy na poziomie kraju) warto jest się rozmieniać na drobne dostając coś w swoim okręgu podczas gdy w Polsce będzie działo się źle?
Poza tym.. Czy dobrym jest gdy partia która posiada kilkanaście % poparcia w Polsce jednak nie skupione w kilku okręgach lecz rozproszone po całym kraju nie dostaje się do sejmu? Bo taka sytuacja może się zdarzyć. W zasadzie zdarza się w Anglii. Dlatego duża część obywateli Wielkiej Brytanii jest przeciwna JOW. Czemu? Np. w ostatnich wyborach UKIP zebrał 13% głosów społeczeństwa (4mln głosów) i zamiast 80 mandatów (gdyby mieli nasz system proporcjonalny) zdobył 1 (tak jeden) mandat do izby gmin. To jest ta sprawiedliwość? Czy posiadanie własnego posła ze swojego okręgu jest bardziej sprawiedliwe niż anulowanie głosu kilkunastu procent społeczeństwa? A mówię tu tylko o jednej partii.
Dodatkowo ważną kwestią jest co wyborcze dostosowanie granic okręgów co w Polsce na pewno doprowadzi do wielkich sporów lub Gerrymanderingu. Nie będę sie tu rozpisywał i odeśle do filmiku z YT który opisuje tą wadę JOW (można włączyć polskie napisy): https://www.youtube.com/watch?v=YcUDBgYodIE Obrazek po polsku: http://i.imgur.com/av0xL3f.jpg
Podsumowując: "Wszystkie systemy wyborcze mają swoje wady, dziwactwa i anomalie. JOW-y są fajne ze względu na prostotę i mocny związek wyborcy z wybieranym ale tylko na pierwszy rzut oka. Gdy przyjrzeć się bliżej to już nie jest tak różowo. Rozproszone geograficznie głosy są nadreprezentowane. Lokalnie mocne ugrupowania są nad reprezentowane. Głosy lokalnych mniejszości są tracone. System jest też wrażliwy na manipulowanie granicami okręgów. Z praktyki (USA czy Anglia) widać, że preferowany jest duopol dużych partii.”
Na koniec link do najlepszej moim zdaniem strony tłumaczącej JOW (inne to sama propaganda) http://stv.org.pl/o-systemach-wyborczych/systemy-wiekszosciowe-jow/ A czemu jestem przeciwny STV i innym tego typu odmianom jak np. ordynacja ocenowa? https://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynacja_ocenowa STV to bardzo dobra ordynacja jednak stwarza ogromne miejsce na machinacje wyborcze. PKW nie potrafi policzyć głosów z jednej tury a policzy z kilku na raz? Ufamy że PKW dobrze policzy głosy? Ja nie. To są za bardzo skomplikowane ordynacje by u nas je wprowadzić.
submitted by 4pietrowydrapaczchmu to Polska [link] [comments]